Zajęcia plastyczne dla dzieci

Dlaczego zajęcia artystyczne a nie sensoplastyka?

W Pracowni Helutka w każdy czwartek o 9:30 odbywają się zajęcia plastyczne dla dzieci. Nie są to jednak standardowe zajęcia sensoryczno-plastyczne, z jakich można korzystać w wielu miejscach w Poznaniu. Dlaczego i na czym polegają różnice?

Zajęcia sensoryczne dla dzieci w Poznaniu

Na zajęciach plastycznych dla dzieci w Pracowni Helutka w Poznaniu akcent pada przede wszystkim na podążanie za dzieckiem. Mając doświadczenie w pracy z dziećmi i w byciu mamą małego i wrażliwego dziecka zauważyłam, że nie wszystkie dzieci są gotowe na to, by wytaplać się w kisielu czy włożyć ręce do pojemnika z farbą. Wiele z nich ma trudności, opór lub po prostu potrzebuje więcej czasu na zapoznanie się z materiałem. Nie ma to związku z zaburzeniami rozwojowymi, jedynie z innym poziomem wrażliwości sensorycznej.

Będąc mamą małego dziecka, które właśnie do tej wrażliwszej grupy się zaliczało, byłam wykluczona z udziału w zajęciach sensorycznych dla dzieci. Dla mojego dziecka na tych zajęciach działo się zbyt wiele. Jednocześnie wiem, jak cenny jest kontakt z różnego rodzaju konsystencjami, jak ważne jest to, by maluch mógł się ubrudzić, jak pozytywnie wpływa to na jego rozwój.

Właśnie dlatego na zajęciach plastycznych w Pracowni Helutka to dzieci narzucają tempo pracy, gdy potrzebują więcej czasu na przekonanie się do materiału. Tym samym stwarzamy miejsce i przestrzeń dla dzieci wrażliwych, tak by i one mogły korzystać z zajęć sensorycznych wraz ze swoimi opiekunami.

Zajęcia artystyczne dla dzieci

Drugi, choć nie mniej ważny akcent pada na rozwój przez sztukę. Obserwując rozwój dzieci w kontakcie ze sztuką i znając jej właściwości terapeutyczne i edukacyjne jestem przekonana, że to właśnie ona stymuluje dzieci do rozwoju intelektualnego, społecznego, emocjonalnego, językowego. Dzieje się to zarówno w kontakcie biernym, czyli przez oglądanie dzieł sztuki, jak i w kontakcie czynnym, czyli poprzez tworzenie.

Małe dzieci (te do 3 roku życia) odkrywają sztukę przez doświadczenie. Może się wydawać bezwartościowym czas poświęcony na mazanie kredką po kartce lub zamalowywanie wszystkiego czarną farbą. Jednak dziecko uczy się wtedy planowania przestrzeni, przewidywania, myślenia przyczynowo-skutkowego, podejmuje działanie metodą prób i błędów, a to na nich najwięcej się uczy.

Dlatego na zajęciach plastycznych dla dzieci w Pracowni Helutka dzieci dostają dużo czasu i przestrzeni na eksplorowanie, eksperymentowanie i doświadczanie we własnym tempie.

Zajęcia plastyczne z dziećmi

Doskonale zdaję sobie również sprawę z tego, że rodzice w domu często nie mają siły, czasu, ochoty na zapewnianie swoim dzieciom brudnych aktywności plastycznych. Dlatego bardzo warto skorzystać z opcji przyjścia “na gotowe”, po którym nie trzeba sprzątać.

W każdy czwartek o godzinie 9:30 w Pracowni Helutka dzieci eksperymentują i doświadczają świata sztuki. Zapraszamy!

Dobra książka na prezent

Książki na prezent pod choinkę

W poprzednim wpisie przedstwaiłam Wam propozycje prezentów książkowych dla dzieci. Czas na książki dla dorosłych. Jeśli zastanawiacie się, jaką książkę wybrać na prezent dla koleżanki, mamy albo chłopaka, przewińcie w dół i zobaczcie, na jakie tytuły warto zwrócić uwagę.

“Nic się nie dzieje”

O książce “Nic się nie dzieje” wspominałam już kiedyś na moim Instagramie.

“Nic się nie dzieje” to zbiór opowiadnań relaksacyjnych napisanych z przeznaczeniem do czytania przed snem. Opowiadania napisane są w pierwszej osobie liczby pojedynczej, więc łatwo jest wczuć się w przedstawiane w nich doznania, miejsca i sytuacje. Książka jest podzielona na cztery części, zgodnie z porami roku. Całość relaksacyjnego klimatu dopełniają kojące ilustracje.

Dlaczego akurat “Nic się nie dzieje” to książka dobra na prezent? Ponieważ jest to lektura wieloktrotnego użytku. Można czytać ją na wiele różnych sposobów: od początku do końca, opowiadania z aktualnej pory roku, pojedynczo lub kilka na raz. Myślę, że “Nic się nie dzieje” ucieszy każdego 🙂

Cena to 30-40 zł w zależności od oferty

Małe końce świata”

Obok książki “Małe końce świata” nie można przejść obojętnie. To dzieło literackie na każdym poziomie: wydania, oprawy, ilustracji i treści oczywiście. Jeśli szukacie książki na prezent dla wrażliwej duszy, “Małe końce świata” są strzałem w dziesiątkę!

Książka Justyny Mazur-Kudelskiej to opowieść o tym, z czym mierzy się każdy. O porażkach, rozstaniach, rezygnacji, śmierci, bólu. To tematy, których raczej nie porusza się przy kawie ze znajomymi, ale w są wpisane w nasze człowieczeństwo i po prostu każdy tak ma.

“Małe końce świata” czyta się szybko i przyjemnie, ale wcale szybko się o nich nie zapomina. Autorka dotyka w człowieku takich strun, które mimo, że ukryte najgłębiej, najdłużej rezonują.

Cena książki to 59,90 zł

“Wychowanie przez sztukę”

O Wychowaniu przez sztukę” popełniłam dość obszerny wpis, więc po szczegóły odsyłam TAM. Tu natomiast chcę napisać, dlaczego akurat ta książka jest dobrym pomysłem na prezent pod choinkę.

Po pierwsze: wydanie. “Wychowanie przez sztukę”, podobnie jak “Małe końce świata”, to dokładnie przemyślana książka na każdym poziomie. Nietypowa okładka, format, całość złączona niebieskimi elementami. Właśnie tak powinna wyglądać książka na prezent.

Po drugie: treść. “Wychowanie przez sztukę” wspaniale wprowadza w świat malarstwa, muzyki, twórczości i kreatywności. Dla osób zainteresowanym tematem sztuki będzie to prezent idealny.

Książka Anny Weber to dobry pomysł na prezent dla młodych rodziców, nauczycieli, terapeutów, artystów. Tak naprawdę: dla każdego.

Cena książki w wersji elektronicznej to 59 zł

“Harry Potter”

A teraz coś dla fanów i fanek kultowej serii przygód Harry’ego Pottera.

Może się wydawać, że te książki każdy już ma, więc w ogóle po co o nich pisać? A no dlatego, że w ostatnim czasie ukazało się tak wiele pięknych, kolekcjonerskich wydań “Harry’ego Pottera”, że jeśli macie w rodzinie lub wśród znajomych potteromaniaka lub potteromaniaczkę, nie będzie nic bardziej trafnego niż kolekcjonerskie wydanie ulubionej książki.

Wśród propozycji wydawniczych znajdziemy:

Oprócz samych książek o Harrym Potterze, możemy wybierać spośród książek, które są dodatkiem do kultowej serii:

Opowiadania Tove Janson

Na koniec propozycja dla fanów i fanek Muminków. Autorka tej srerii książek, Tove Janson, napisała wiele innych pozycji, które z całą pewnością ucieszą sympatyków małych trolli.

“Córka rzeźbiarza” to zbiór opowiadań o życiu w domu twórczych rodziców. Tove Janson zaprasza czytlenika do swojego świata. Opowiada o swoich przygodach, zabawach, domu rodzinnym. Ten zbiór traktowany jest jako opowiadania autobiograficzne, mimo, że autorka nigdy typowej autobiografii nie napisała.

Wiadomość to ostatnia książka Tove Janson. W tych opowiadaniach można się zatopić. To doskonała propozycja dla tych, którzy lubią metafory, szukanie ukrytych sensów i znaczeń. “Wiadomość” to propozycja na prezent dla tych osób, które lubią obcowanie z literaturą, słowem a nawet baśnią.

Mam nadzieję, że wśród przedstawionych przeze mnie tytułów, znajdziecie coś, co przywoła uśmiech na twarze Waszych bliskich. Udanego przygotowywania prezentów! ♥

Wpis zawiera linki afiliacyjne do serwisu allegro.pl

#polecANKA № 12

Coś dziwnego wisi w powietrzu, mamo moja kochana” śpiewa Micromusic. I trzeba przyznać, że tak jest. Nie mam na celu określania się w tym miejscu z moi stanowiskiem w sprawach społecznych, bo chcę, by każdy bez względu na przekonania, wyznanie, wiek, stan cywilny, płeć czy orientację seksualną, mógł znaleźć u mnie coś, co zabierze do siebie i będzie mu pomagało w trudnych chwilach. A takie niewątpliwie przeżywamy.

Kiedy myślałam, co mogłabym Wam dziś zaproponować, przypomniałam sobie, że na ostatnich zajęciach z planowania terapii, kolega wspomniał Pollocka. A w przeżywaniu i porządkowaniu emocji i stanów, ekspresja jest doskonałym narzędziem.

Chcę Wam więc dziś przedstawić ćwiczenie oparte na malarstwie gestu. Czym ono jest? Inaczej nazywane action painting, malarstwo gestu zakłada spontaniczny, intuicyjny a nawet agresywny sposób malowania, który płynie z gestu i ciała. Co to oznacza? Malując, wyrażamy się nie tylko poprzez dzieło, kolory, perspektywę, rozplanowanie przestrzeni, ale też przez nasze ciało. Gesty mogą być łagodne, delikatne, ale też intensywne, agresywne, powolne lub szybkie. W malarstwie gestu najważniejszy jest proces tworzenia, bo w nim zachodzą procesy uwalniające i pozwalające na przeżycie swoich emocji i rozładowanie powstałych napięć.

Zatem, co będzie nam potrzebne?

  • przestrzeń, najlepiej zabezpieczona przed zabrudzeniem lub taka, gdzie zabrudzenie nam nie będzie przeszkadzało
  • arkusz papieru (a może kawałek ściany?)
  • farby
  • pędzel
  • woda
  • czas na spokojne przeżycie procesu tworzenia

Kolory mają znaczenie. Przez nie możemy wpływać na swoje samopoczucie lub je wyrażać. Dziś skupimy się na tym drugim.

Przygotowałam dla Was zestaw kolorów, z których możecie skorzystać, ale oczywiście, jeśli tylko macie ochotę, stwórzcie własny!

  • żółty – radość, szczęście
  • czerwony – siła, gniew
  • niebieski – smutek, żal
  • zielony – spokój, nadzieja
  • czarny – strach

Pomyśl, jak się czujesz. Od którego koloru chcesz zacząć? Namocz pędzel w wodzie, nabierz farby i strzepnij z pędzla na papier. Postaraj się, aby wykonywany gest był adekwatny do emocji, którą chcesz wyrazić oraz jej intenywności. Np. wyrażając gniew, nie bój się mocnych, intensywnych, agresywnych gestów. Chodzi o wyrażenie gniewu, a więc wręcz o zmęczenie się fizyczne.

fot. Anna Mitura

Nie myśl, czy to, co powstanie będzie ładne. Nie musi być. Maluj wsłuchując się w swoje ciało, w konkretną emocję. Możesz chcieć wyrazić ich kilka, a możesz chcieć skupić się na jednej. Maluj tak długo, aż poczujesz, że napięcie opadło. Daj sobie czas. Pobądź z tą emocją. Nie oceniaj jej, popatrz na jej wyraz na papierze. A na koniec, zrób z nim, co chcesz. Zniszcz i wyrzuć. Powieś na ścianie. Schowaj, by móc do tego wrócić. To zależy od Ciebie.

Do tej aktywności możecie również zaangażować dzieci. Młodsze mogą malować rękami (to jest dopiero malarstwo gestu!), starsze mogą próbować chlapać na papier. Starajcie się jednak zbytnio nie ingerować w proces twórczy dziecka (jeśli nie jest dla niego niebezpieczny, czyli np. nie zjada farb), twórzcie swobodnie, obok siebie lub razem. Ze starszym dzieckiem można później porozmawiać o użytych kolorach, sposobach malowania. WAŻNE: bez oceniania i wartościowania!

Na koniec zobaczcie jeden z obrazów Pollocka.

Przyjemnej ekspresji!

źródło: pinterest.com

#polecANKA № 11

Żyjemy w dziwnych czasach. Bardzo łatwo zakopać się w czarnych myślach, stres spina całe nasze ciała, zabiera nam spokojny sen. Martwimy się o siebie, o bliskich, o pracę. Często niestety jest też tak, że nie mamy z kim podzielić się tymi wszytkimi obawami.

Nie jestem psycholożką ani psychoterapeutką. Jednak przygotowuję się do zawodu arteterapeutki i terapeutki zajęciowej, czyli osoby, która wspiera ludzi w trudnych sytuacjach życiowych. Jednym z moich celów, jest wspieranie Was w utrzymywaniu higieny i dobrostanu psychicznego, bo czuję, że jest to temat zaniedbany, a bardzo nam wszystkim potrzebny.

Dziś mam dla Was pomysł raczej długofalowy. Chciałabym go przedstawić w dwóch wersjach: samodzielnej i rodzinnej, bo jest to coś, co możemy zrobić zarówno dla siebie samych, jak i wspólnie z naszą rodziną.

Proponuję Wam dziennik wdzięczności. Brzmi banalnie? Pewnie tak. Ale chciałabym, żebyście teraz przez chwilę pomyśleli, na co zwracacie uwagę w ciągu dnia. Najpierw sami. Czy doceniacie, że możecie wyjść na spacer, poczytać dla przyjemności, uczyć się, wypić ciepłą kawę? Czy raczej skupiacie się na zmęczeniu, pośpiechu, tym, że jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a znowu stoicie w korku?

A teraz w rodzinie. Czy zauważacie, że Wasz partner/partnerka zrobił/zrobiła zakupy, czy doceniacie wspólne czytanie czy budowanie z klocków z dzieckiem? Czy raczej widzicie to, że naczynia znów nie umyte, pranie nie wstawione, kredki znów rozsypane i kolejna afera o nie ten kolor skarpetek?

W praktyce wdzięczności chodzi o to, by odwócić perspektywę. Nie o wypieranie trudnych spraw, czy sytuacji, nie o oszukiwanie się, że wszystko jest ok, kiedy nie jest. Ale o to, by nawet w cholernie trudnym dniu czy sytuacji dostrzegać te pozytywy, którym najczęściej nie poświęcamy uwagi w ogóle lub uważamy je za oczywiste.

Różne są sposoby na praktykowanie wdzięczności. Słoik z małymi karteczkami, pamiętnik, modlitwa, notatki w telefonie. Ja chcę Wam pokazać dziennik wdzięczności, ale w nieco innej formie.

Tradycyjny dziennik to słowa. Piszemy, opiujemy, porządkujemy, relacjonujemy. Ale możemy również rysować, malować, wyklejać. Takie aktywności bardziej sprzyjają uważności, bo częściej trwają dłużej niż pisanie ale też pozwalają wyrazić to, czego często nie potrafimy oddać słowami, a możemy wyrazić kolorami, kreską, techniką. Nie musimy umieć tego nazywać, ale będzie to dla nas pozytywne wrażenie, odczucie, które odczujemy, gdy do tego np. rysunku, wrócimy.

Jak to zrobić?

Możesz założyć zeszyt lub notatnki, w którym codziennie będziesz zostawiać ślad po sprawach, które danego dnia były dla Ciebie ważne, za które czujesz wdzięczność. Mogą to być rysunki, symbole, abstrakcje, do których użyjesz określonych kolorów. Wklejony bilet do kina, paragon za prezent dla samego/samej siebie. Zdjęcie ze spotkania z kimś ważnym, jedno słowo napisane kolorem, który oddaje wywoływane przez nie uczucie albo wrażenie.

A jak to zrobić z dzieckiem?

Tu również możecie prowadzić zeszyt, albo założyć teczkę, do której będziecie wkładać Wasze wspólne prace. Mam poczucie, że dużo czasu poświęcamy rozmowom z dziećmi o tych trudnych emocjach jak złość, zazdrość, smutek i temu, jak sobie z nimi radzić, a mało uwagi dajemy radości, dumie, wdzięczności, przyjemności, którą sprawia nam dana chwila. Kiedy usiądziemy z dzieckiem nad kartką i będziemy rysować to, co danego dnia było dla nas miłe, pokażemy mu, że w życiu nie uważamy tylko na to, co trudne, ale też to, co przyjemne. I tutaj w zasadzie wszystko zależy od Waszej inwencji, wieku dziecka, tego, co akurat macie pod ręką. Możecie rysować, wyklejać plasteliną, bibułą, malować farbami, przyklejać liście zebrane na wspólnym spacerze. Może to być narysowana jakaś sytuacja, symbol, przedmiot. Dla dzieci jest to też dużo łatwiejsze niż pisanie, bo po pierwsze, przez całkiem sporo lat nie potrafią tego robić. Po drugie, daje im możliwość wyrażenia siebie i samodzielnego działania. Bo oczywiście, możemy wspólnie pisać. Ale do pewnego momentu i w pewnym stopniu, odbiera to dziecku możliwość aktywnego współtworzenia dziennika.

A po co to wszystko robić?

Po pierwsze dlatego, że uczymy się dostrzegania pozytywów w naszym życiu, a to zmienia perspektywę jego przeżywania. Po drugie, dlajemy sobie przestrzeń na działanie twórcze, które relaksuje, wycisza układ nerwowy, pozwala być tu i teraz. Po trzecie, tworzymy sobie bazę pozytywnych wspomnień, swoich własnych lub rodzinnych, a to, w tym drugim przypadku, jest czynnikiem bardzo spajającym i tworzącym tożsamość grupy. I po czwarte – by w trudnych chwilach, móc sięgnąć do czegoś, co jest reprezentacją dobra w naszym życiu. A to najzwyczajniej w świecie nam pomaga. Dlaczego by więc nie zrobić tego dla samego/samej siebie? 😉

Tosia i las

Nadeszła jesień a wraz z nią długie popołudnia i wieczory. Siłą rzeczy, będziemy spędzać z naszymi dziećmi więcej czasu w domu. Dlatego mam dla Was propozycję: słuchowiska.

Wcześniej już pojawiła się Bajka o listku, dziś mam dla Was bajkę o Tosi i lesie. Podobnie jak poprzednia, tak i ta bajka inspirowana jest naturą. Są to bajki napisane w oparciu o relaksację autogenną Schultza, w której osoba uczestnicząca ma wyciszyć swój układ nerwowy poprzez poczucie ciężkości swojego ciała, ciepła, skupieniu się na oddechu i biciu serca. W pracy z dziećmi do tego celu wykorzystuje się właśnie bajki.

Tosia i las to bajka skupiająca się w dużej mierze na oddechu, dlatego chcę zaproponować Wam aktywność, która również ćwiczy oddech dziecka o dodatkowo jest bardzo przyjemną pracą plastyczną.

Przygotuj:

  • arkusz papieru, taki jaki masz
  • Marker/ołówek/długopis
  • Mocno rozwodnione farby w ulubionych kolorach
  • Słomkę

Wykonanie:

Na arkuszu papieru narysuj drzewo: pień i galezie. Nakładajcie z dzieckiem kolorowe plamy farby w koronie drzewa, a następnie rozprowadźcie je dmuchając przez słomkę.*

wykonanie i foto: Anna Mitura

Proste, prawda?

Jeśli spodobała Ci się moja propozycja na jesienne popołudnie z dzieckiem, będzie mi miło, jeśli udostępnisz ją u siebie 🙂

* inspiracja do pracy plastycznej pochodzi z książki Ani Weber Rok wychowania przez sztukę

#polecANKA № 8

Wielu młodym ludziom, chłodzącym do szkoły, wrzesień kojarzy się z nowym poczatkiem. To skojarzenie pozostaje z nami na długo i pewnie stąd to poczucie, że wrzesień to taki mały styczeń. A może stąd, że kończy się lato a jesień nastraja bardziej melancholijnie, refleksyjnie co sprzyja planowaniu? W każdym razie, z tym poczuciem nowego początku, możemy się spotkać dzięki bohaterowi noweli Toccata C-dur Antoniego Libery.

Poznajemy go właśnie na początku września, przed pierwszą lekcją. Młodego ucznia klasy fortepianu, który wybiera repertuar na egzamin dyplomowy, mającego wyobrażenia na temat tego, jak będzie on wygladał. Pozbawia go ich profesor, który narzuca mu jeden z utworów i jest nim właśnie Toccata C-dur Schumana. Uczeń nie jest z tego wyboru zadowolony, a wręcz jest przerażony.

Czytając dalej, poznajemy tajniki pracy nad utworem: rozczytywanie, ćwiczenia techniczne, interpretację. Wokół toccaty snują się również rozterki chyba każdego maturzysty – co dalej? W jakim kierunku pójść? Co zrobić ze sobą, ze swoim życiem? A przy tym praca, ciężka praca. Słuchanie utworu w wykonaniu wirtuoza, próby odnalezienia jego stylu. Szukanie znaczenia dzieła w biografii twórcy. I ćwiczenie, ćwiczenie, ćwiczenie.

Libera przeprowadza czytelnika przez ostatni rok szkoły muzycznej. Pokazuje, jak z każdym miesiącem narasta napięcie przed “sądem ostatecznym”. Jak każdy robi, ile w jego mocy, by wypaść jak najlepiej. Jak przebiegają lekcje, jak uczniowie czerpią od siebie nawzajem. Ale czy tylko pozytywne rzeczy?

Fot. Anna Mitura

Dla mnie, w tej noweli, najbardziej poruszający jest jej finał, gdzie ci sami uczniowie, stojący pod salą koncertową i czekający na egzamin, jakby to od niego miały zależeć losy całego świata, spotykają się na zjeździe absolwentów po kilkudziesięciu latach. Widzimy, jak bardzo inne są dla nich priorytety, jak bardzo różne jest pojęcie sukcesu. Jak bardzo młodzieńcze marzenia o spełnionym życiu, nie przystają do rzeczywistości.

Toccata C-dur to opowieść o muzykach i muzyce, nie tylko dla osób związanych z tym światem, choć w nich na pewno poruszy struny wspomnień. To piękna “przygoda, nie historia” pokazująca, jak wygląda praca nad utworem, czym on tak właściwie jest, z czego się składa i jak wiele elementów buduje jego interpretację i jak zmienia się ona, w zależności od wykonawcy a także momentu w życiu. Widzę tam też, jak znaczące mogą być, z pozoru zwykle chwile, jak lekcja fortepianu, które odciskają ślad na całym późniejszym życiu.

Toccata jest elementem zbioru Niech się panu darzy. Pozostałe dwie, to tytułowa Niech się panu darzy i Widok z góry i z dołu.

” (…) Trzy nowele, które łączą w sobie pierwiastki sensacji, tajemnicy i melancholii, tworzą jednorodny tryptyk. Trzy ludzkie losy, trzy elektryzujące historie, dla których wspólna jest zagadka Czasu, Przypadku i Przeznaczenia”.

cytat Pochodzi z opisu okładkowego
Toccata C-dur, Op. 7, Schumana, wyk: Światosław Richter

#polecANKA №7

Wracamy do książeczek dla dzieci, tym razem nieco starszych. Ale czy na pewno?

Pozostajemy w Polskim Wydawnictwie Muzycznym. Ci, którzy znają ich książki, pewnie już się domyślają, o których chce dziś napisać.

fot. Anna Mitura

Glissando, Alikwoty i Ostinato to rymowane historyjki o Soni, która spotyka Sonostworki, wyjaśniające jej kim są i jak je odnaleźć w muzyce. Ale nie tylko. Sonia szuka Glissanda podczas zabawy na sankach, Ostinata w codziennych czynnościach, a Alikwoty okazuje się, że są w każdym dźwięku.

Tematyka książeczek jest dla starszych dzieci (5-6 lat) jednak my w domu też je czytamy z dwulatką. Najbardziej lubimy Ostinato. Ta część zachęca do wsłuchania się w dźwięki otoczenia. Jak brzmi krojenie warzyw, chodzenie, samochody, ale też śpiew ptaków i… my sami. Młodszym dzieciom spodoba się mnogość wyrazów dźwiękonaśladowczych takich jak “ciach ciach”, “gul, gul”, “stuk puk”.

fot. Anna Mitura

Kolejnym walorem książeczek są ilustracje. Są przepiękne! To uczta dla oczu, można je po prostu z dzieckiem oglądać i wymyślać własne historyjki.

Fot. Anna Mitura

Karty w książeczkach są sztywne, jednak nie przypominają śliskich tekturowych książeczek dla dzieci. Jest to po prostu gruby karton, całość więc prezentuje się bardzo estetycznie.

Autorką tekstu jest Katarzyna Huzar-Czub, ilustrowała Gosia Herba.

fot. Anna Mitura

#polecANKA № 6

Dziś polecenie książkowe dla dorosłych.

Książka wspaniała, wciągająca, bardzo ciekawa. Wyjątkowego człowieka, lekarza, doktora psychiatrii i neurologii, którego śmierć, kilka lat temu, była dla mnie bardzo poruszająca. W tamtej chwili świat stracił wybitnego badacza, a to zawsze smutek. Mowa o Olivierze Sacksie autorze bestsellerowej książki Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem. Jednak nie ją chcę Wam dziś polecać.

Opowieści o muzyce i mózgu, czyli Muzykofilia to faktycznie zbiór hitorii o różnych osobach, bardzo różnie postrzegających muzykę. Już na samym początku poznajemy Tony’ego Cicorię, czterdziestodwulatka, footbolistę i lekrza ze stanu Nowy Jork, który po dziwynym wypadku zostal “nawiedzony” przez muzykę. Wcześniej była ona dla niego obojętna, poźniej nie umiał już bez niej żyć. To właśnie muzykofilia. Dowiadujemy się czym jest muzykogenna epilepsja, czytamy o wyobraźni muzycznej, brainwormsach, czyli tych momentach, w których nie może nam wyjść z głowy jakiś fragment piosenki, czy utworu. Możemy zobaczyć, jak wygląda muzyczny świat niewidomych, kim są muzyczni sawanci a także dlaczego właściwie mamy dwoje uszu, a nie jedno?

Fot. Anna Mitura

Wszystko to opowiedziane przez profesjonalistę, badacza i naukowca, językiem, który jest zrozumiały. Przytaczane przypadki pacjentów są napisane ze smakiem, często w dość zabawny sposób. Dla mnie bardzo ciekawe jest to, jak można wykorzystywać muzykę do badań mózgu i jego chorób, czy zaburzeń. To, jak każdy z nas inaczej postrzega muzykę, jak analizuje ją nasz mózg, to że może leczyć, ale niektórzy wręcz mogą się jej bać. To, że niektórzy słyszą w głowie całe orkiestry, a inni nie potrafią usłyszeć nic, tak jak rodzice Sacksa:

Są ludzie, którym żadna melodia nie pozostaje w głowie, inni z kolei potrafią w swoim umyśle wysłuchiwać całych symfonii z taką szczgółowością i wyrazistością, jakgdyby działo się to na jawie. Bardzo wcześnie zdałem sobie sprawę z tego stanu rzeczy, gdyż moi rodzice stali pod tym względeem na przeciwnych biegunach. Matka z wielkim trudem potrafiła sobie przypomnieć jakąś piosenkę, podczas gdy ojcic, wydawało się, miał w głowie całą orkiestrę czekającą tylko na jego znak. Zawsze miał w kieszeni dwa lub trzy zapisy nutowe i pomiędzy przyjęciem jednego i drugiego pacjenta wyciągał ktoryś i odgrywał w głowie mały koncert. Nie musiał wcale nakładać płyty na gramofon, gdyż niemal równie wyraziście potrafił odtworzyć utwór w myślach (…).

Olivier Sacks, Muzykofilia, s. 49-50.

Jeśli więc jesteście ciekawi tajemnic mózgu i różnych ciekawych przypadków z muzyką nie tylko w tle, ale w roli głównej, bardzo polecam Wam tę książkę.

Ja czytałam ją kilka lat temu, ale przygotowując się do polecania jej Wam, sama się zachęciłam, by do niej wrócić 🙂

W tym szaleństwie jest metoda.

Niedawno jedna z mam zapytała mnie, czy moje zajęcia prowadzone są według jakiejś metody, czy “tak o” je sobie wymyśliłam. Porozmawiałyśmy o tym chwilę, ale to pytanie skłoniło mnie do głębszego przemyślenia sprawy.

O co tak naprawdę chodzi w muzykowaniu? O metodę? O sposób? Czy muzykowanie jest środkiem do osiągnięcia celu, czy celem samym w sobie?

Dla mnie, i jest to moje osobiste zdanie, przy muzykowaniu, metoda jest wtórna. Metod tych zresztą jest bardzo dużo. Oczywiście, jeśli mówimy o prowadzeniu zajęć, oparcie się o metodę lub teorię jest ważne, ale nie tyle dla rodziców czy uczestników zajęć, ile dla prowadzącego. Uczestnicy nie muszą jej znać, by czerpać z niej korzyści. Jednak sądzę, że w przypadku takiej aktywności jaką jest muzykowanie, najważniejsze jest to, co wydarza się na płaszczyźnie społecznej, emocjonalnej i poznawczej osób biorących w nim udział. Ale by te rzeczy mogły się wydarzyć, konieczne jest świadome zaangażowanie. W przypadku rodzinnego muzykowania myślę o świadomym zaangażowaniu osób dorosłych, bo oczekiwanie tego od dzieci, jest jak oczekiwanie deszczu na pustyni. Jeśli chcemy, by muzykowanie miało działanie więziotwórcze, by pobudzało lub koiło emocje, by dawało pole do rozwoju i wyrażania siebie, musimy włożyć w to wysiłek. Jeśli przychodzimy na koncert, na którym jest osoba grająca lub śpiewająca i wiele osob, które jedynie słuchają, nie wytworzy się między nimi obustronna, oparta na zaufaniu i otwartości więź. A to właśnie dzieje się, gdy obie strony aktywnie muzykują. Bardzo lubię ten moment, szczególnie w relacji z małymi dziećmi, bo dzieje się to jakby przy okazji, na poziomie, na którym jesteśmy równi. Dziecko proponuje aktywność np. klaskanie a my, dorośli “podłapujemy” ten sygnał, klaszcząc razem z dzieckiem. To niezwykły obszar, w którym dziecko ma realny wpływ na otaczającą go rzeczywistość, może podejmować samodzielne decyzje i relizować swój potencjał. To też przestrzeń, w której nie ma dobrych i złych pomysłów czy odpowiedzi, nie ma oceniania. Jest radość ze wspólnego tworzenia, robienia czegoś razem, dotykanie tego pierwotnego wspólnotowego pierwiastka w nas.

Pamiętam ze studiów pytanie o istnienie muzyki. Gdzie ona tak naprawdę jest i czy istnieje niewykonywana? Nie mam tu na celu odpowiadania na to pytanie, jednak czuję, że to, co tworzymy wspólnie muzykując, jest unikalne dla tej konkretnej chwili i konkretnych osób. To coś, co nie zaistnieje bez nas, a w innym składzie zaistnieje w całkiem inny sposób.

Przychodząc z dzieckiem na zajęcia, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, po co to robię. Co chcę osiągnąć? Czy chcę zapewnić mojemu dziecku bogate środowisko muzyczne? Czy chcę, by rozwijało swoje kompetencje społeczne i emocjonalne? Czy chcę dać dziecku jego własną przestrzeń, w której samo może decydować o sobie? Czy chcę, by uczyło się muzyki, miało większą łatwość w uczeniu się języków? A może rozwijało koordynację ruchową? Żadna z odpowiedzi nie będzie zła lub dobra. Jednak w zależności od naszych oczekiwań i celów, będziemy mogli wybrać najlepsze dla nas zajęcia. Oczywiście na każdych zajęciach umuzykalniających, każda z tych rzeczy się zadzieje, jednak w różnym stopniu, w zależności od metody właśnie.

Czy to źle, że tamta mama zadała mi pytanie o metodę? Nie, to bardzo dobrze. Myślę, że każdy prowadzący zajęcia stawia sobie inny cel, podobnie jak rodzice, decydujący się na uczestnictwo w nich. Dla jednych będą to wspomniane wyżej kompetencje społeczne i emocjonalne, budowanie więzi, dla drugich nauka muzyki sama w sobie, dla jeszcze innych wspieranie rozwoju językowego. I wszystkie te cele są w porządku.

Pewnie już się domyślacie, jakie cele są dla mnie ważne, biorąc pod uwagę, jak często pojawiły się w tym tekście. Jako nieformalna nauczycielka, uważam, że muzyka jest właśnie narzędziem do budowania więzi między rodzicem a dzieckiem, rozwoju kompetencji społecznych i emocjonalnych wszystkich uczestników zajęć. Kluczowe jest dla mnie zaangażowanie rodzica w muzykowanie. Jest to proces, w którym chcę jedynie towarzyszyć, dawać propozycje, stwarzać możliwość. Nie wydaję poleceń, nie trzymam się sztywno planu. Chcę być otwarta na uczestników, wykorzystywać to, co akurat sami podsuwają.

Nie jestem też zwolenniczą wyznawania jedynej słusznej metody. Sądzę, że bardzo zawęża to spektrum rozumienia i daje mniej możliwości do wykorzystania. Dlatego moje zajęcia nie są gordonkami, rytmiką czy logorytmiką. Na moich zajęciach znajdziecie wszystkiego po trochu. Odrobinę Gordona, Dalcrose’a, odrobinę Pomelody i języka angielskiego, odbrobinę logorytmiki i improwizacji. A co najważniejsze, mam nadzieję, że znajdziecie poczucie wspólnoty i przynależności, ukojenia i otwartości na Wasze dzieci, narzędzie do budowania z nimi więzi i bliskości. Na tym zależy mi najbardziej.

#polecANKA № 4

I znów środa, więc czas na muzyczną #polecANKĘ.

Kontynuujemy kołysanki i dziś chciałabym Wam przedstawić jedną z najsłodszych, według mnie, arii. Nie jest to typowa kołysanka, ale zdarzyło mi się ją w tym celu śpiewać.

Pozostajemy w kręgu muzyki poważnej, jednak tym razem nie polskiej, a włoskiej.

Puccini, Gianni Schicchi

O mio babbino caro to aria z jednoaktowej opery Gianni Schicchi z początku XX wieku. Gianni Schicchi jest częścią tzw. tryptyku, na który składają się jeszcze dwie inne opery jednoaktowe. Jej akcja dzieje się w 1299 roku we Florencji.

Na YouTube jest bardzo dużo wykonań tej arii, zachęcam do poszukania ich i porownania. Ciekawa jestem, jakie różnice uda się Wam zauważyć?😊