W tym szaleństwie jest metoda.

Niedawno jedna z mam zapytała mnie, czy moje zajęcia prowadzone są według jakiejś metody, czy “tak o” je sobie wymyśliłam. Porozmawiałyśmy o tym chwilę, ale to pytanie skłoniło mnie do głębszego przemyślenia sprawy.

O co tak naprawdę chodzi w muzykowaniu? O metodę? O sposób? Czy muzykowanie jest środkiem do osiągnięcia celu, czy celem samym w sobie?

Dla mnie, i jest to moje osobiste zdanie, przy muzykowaniu, metoda jest wtórna. Metod tych zresztą jest bardzo dużo. Oczywiście, jeśli mówimy o prowadzeniu zajęć, oparcie się o metodę lub teorię jest ważne, ale nie tyle dla rodziców czy uczestników zajęć, ile dla prowadzącego. Uczestnicy nie muszą jej znać, by czerpać z niej korzyści. Jednak sądzę, że w przypadku takiej aktywności jaką jest muzykowanie, najważniejsze jest to, co wydarza się na płaszczyźnie społecznej, emocjonalnej i poznawczej osób biorących w nim udział. Ale by te rzeczy mogły się wydarzyć, konieczne jest świadome zaangażowanie. W przypadku rodzinnego muzykowania myślę o świadomym zaangażowaniu osób dorosłych, bo oczekiwanie tego od dzieci, jest jak oczekiwanie deszczu na pustyni. Jeśli chcemy, by muzykowanie miało działanie więziotwórcze, by pobudzało lub koiło emocje, by dawało pole do rozwoju i wyrażania siebie, musimy włożyć w to wysiłek. Jeśli przychodzimy na koncert, na którym jest osoba grająca lub śpiewająca i wiele osob, które jedynie słuchają, nie wytworzy się między nimi obustronna, oparta na zaufaniu i otwartości więź. A to właśnie dzieje się, gdy obie strony aktywnie muzykują. Bardzo lubię ten moment, szczególnie w relacji z małymi dziećmi, bo dzieje się to jakby przy okazji, na poziomie, na którym jesteśmy równi. Dziecko proponuje aktywność np. klaskanie a my, dorośli “podłapujemy” ten sygnał, klaszcząc razem z dzieckiem. To niezwykły obszar, w którym dziecko ma realny wpływ na otaczającą go rzeczywistość, może podejmować samodzielne decyzje i relizować swój potencjał. To też przestrzeń, w której nie ma dobrych i złych pomysłów czy odpowiedzi, nie ma oceniania. Jest radość ze wspólnego tworzenia, robienia czegoś razem, dotykanie tego pierwotnego wspólnotowego pierwiastka w nas.

Pamiętam ze studiów pytanie o istnienie muzyki. Gdzie ona tak naprawdę jest i czy istnieje niewykonywana? Nie mam tu na celu odpowiadania na to pytanie, jednak czuję, że to, co tworzymy wspólnie muzykując, jest unikalne dla tej konkretnej chwili i konkretnych osób. To coś, co nie zaistnieje bez nas, a w innym składzie zaistnieje w całkiem inny sposób.

Przychodząc z dzieckiem na zajęcia, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, po co to robię. Co chcę osiągnąć? Czy chcę zapewnić mojemu dziecku bogate środowisko muzyczne? Czy chcę, by rozwijało swoje kompetencje społeczne i emocjonalne? Czy chcę dać dziecku jego własną przestrzeń, w której samo może decydować o sobie? Czy chcę, by uczyło się muzyki, miało większą łatwość w uczeniu się języków? A może rozwijało koordynację ruchową? Żadna z odpowiedzi nie będzie zła lub dobra. Jednak w zależności od naszych oczekiwań i celów, będziemy mogli wybrać najlepsze dla nas zajęcia. Oczywiście na każdych zajęciach umuzykalniających, każda z tych rzeczy się zadzieje, jednak w różnym stopniu, w zależności od metody właśnie.

Czy to źle, że tamta mama zadała mi pytanie o metodę? Nie, to bardzo dobrze. Myślę, że każdy prowadzący zajęcia stawia sobie inny cel, podobnie jak rodzice, decydujący się na uczestnictwo w nich. Dla jednych będą to wspomniane wyżej kompetencje społeczne i emocjonalne, budowanie więzi, dla drugich nauka muzyki sama w sobie, dla jeszcze innych wspieranie rozwoju językowego. I wszystkie te cele są w porządku.

Pewnie już się domyślacie, jakie cele są dla mnie ważne, biorąc pod uwagę, jak często pojawiły się w tym tekście. Jako nieformalna nauczycielka, uważam, że muzyka jest właśnie narzędziem do budowania więzi między rodzicem a dzieckiem, rozwoju kompetencji społecznych i emocjonalnych wszystkich uczestników zajęć. Kluczowe jest dla mnie zaangażowanie rodzica w muzykowanie. Jest to proces, w którym chcę jedynie towarzyszyć, dawać propozycje, stwarzać możliwość. Nie wydaję poleceń, nie trzymam się sztywno planu. Chcę być otwarta na uczestników, wykorzystywać to, co akurat sami podsuwają.

Nie jestem też zwolenniczą wyznawania jedynej słusznej metody. Sądzę, że bardzo zawęża to spektrum rozumienia i daje mniej możliwości do wykorzystania. Dlatego moje zajęcia nie są gordonkami, rytmiką czy logorytmiką. Na moich zajęciach znajdziecie wszystkiego po trochu. Odrobinę Gordona, Dalcrose’a, odrobinę Pomelody i języka angielskiego, odbrobinę logorytmiki i improwizacji. A co najważniejsze, mam nadzieję, że znajdziecie poczucie wspólnoty i przynależności, ukojenia i otwartości na Wasze dzieci, narzędzie do budowania z nimi więzi i bliskości. Na tym zależy mi najbardziej.

#polecANKA № 5

Rozpoczynamy nowy polecANKOWY cykl. W tym miesiącu, zamiast piosenek czy utworów muzycznych, będę polecać Wam książki. Ale nie jakiekolwiek książki. Będą to książki o muzyce dla dzieci i dorosłych. No to jedziemy!

Na pierwszy ogień wybrałam coś dla dzieci – książeczki z serii Uwerturki Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. To proste historyjki, autorstwa Kaliny Cyz, o dźwiękach, instrumentach, muzycznych kolorach i kształtach. Zdobią je przepiękne ilustracje Jagody Charkiewicz. Dzieci poznają instrumenty z różnych rodzin. Dowiadują się, że muzykę można tworzyć tak samo, jak budowlę z klocków. Są dobrym wstępem do poznawania muzycznego świata.

fot. Anna Mitura

Uwerturki dedykowane są dzieciom powyżej drugiego roku życia, domyślam się, że że względu na treść i umiejętność skupienia uwagi. Jednak ja nie mam oporów w pokazywaniu ich młodszym dzieciom. Można opowiadać o tym, co przedstawiają ilustracje, słuchać utworów wykonywanych na danym instrumencie i oglądać go w książeczce. Jeśli chodzimy z dziećmi na zajęcia umuzykalniające czy do filharmonii, możemy w domu porozmawiać o instrumentach, które tam się pojawiły i wykorzystać do tego książeczkę. Możemy własnym głosem naśladować np. skrzypce czy trąbkę. Co tylko przyjdzie nam do głowy 🙂

fot. Anna Mitura

Pierwsze trzy książęczki z serii Uwerturki to:

Muzyka z patyka, czyli skąd się biorą dźwięki?

Koło, trójkąt i pięć linii, czyli jaki kształt ma muzyka?

Czarno na białym, czyli jaki kolor ma muzyka?

fot. Anna Mitura

#polecANKA № 4

I znów środa, więc czas na muzyczną #polecANKĘ.

Kontynuujemy kołysanki i dziś chciałabym Wam przedstawić jedną z najsłodszych, według mnie, arii. Nie jest to typowa kołysanka, ale zdarzyło mi się ją w tym celu śpiewać.

Pozostajemy w kręgu muzyki poważnej, jednak tym razem nie polskiej, a włoskiej.

Puccini, Gianni Schicchi

O mio babbino caro to aria z jednoaktowej opery Gianni Schicchi z początku XX wieku. Gianni Schicchi jest częścią tzw. tryptyku, na który składają się jeszcze dwie inne opery jednoaktowe. Jej akcja dzieje się w 1299 roku we Florencji.

Na YouTube jest bardzo dużo wykonań tej arii, zachęcam do poszukania ich i porownania. Ciekawa jestem, jakie różnice uda się Wam zauważyć?😊

PolecANKA № 3

Kolejne środowe polecenie muzyczne.

Dlaczego akurat to? Bo grało mi w głowie przez ostatnie dni i dlatego, że mnie koi. Coś z półki ”muzyka poważna” ale też “muzyka folkowa”, którą ostatnio szczerze się zachwycam.

Moja znajomość z tym kompozytorem nie była prosta od początku. Pewnie dlatego, że był w mojej głowie pod kategorią “historia muzyki XX i XXI wieku” a na studiach była to dla mnie droga przez mękę. Kiedy dziś na to patrzę, czuję, że moja perspektywa patrzenia, słuchania i rozumienia muzyki była w tamtym czasie bardzo wąska. Jednak zostałam z muzyką z odsłuchów i zajęć, z notatkami i (bądź, co bądź) niezłą wiedzą w tym temacie, bo był to jeden z najlepiej zdanych przeze mnie egzaminów na studiach. Zakuwałam do niego chyba 4 tygodnie, tak bardzo się go bałam, bo uważałam wtedy, że to nie moja bajka. Dzisiaj odkrywam ją na nowo.

arr. Bartosz Kowalski, wyk. Weronika Grozdek-Kołacińska

Uwoz mamo to jedna z pieśni Karola Szymanowskiego, ze zbioru Pieśni kurpiowskich inspirowanych tradycyjną muzyką tego regionu. Oryginalnie, pieśni opracowane są na chór a capella, jednak opracowań i aranżacji powstało wiele. Możemy znaleźć pieśni z akompaniamentem fortepianu, orkiestry, solo itd. Wersja wybrana przeze mnie ujęła mnie surowością, jaką charakteryzują się pieśni ludowe, charakterystyczną barwą głosu, lekkością akompaniamentu orkiestry.

Mam nadzieję, że Wam również się spodoba.

Przyjemności!

Ania

“Rok wychowania przez sztukę”. Czy chcę wydawać na to pieniądze?

Ostatnio ukazała się książka Anny Weber Rok wychowania przez sztukę. Dużo wokół niej szumu, przynajmniej w mojej internetowej bańce. Przedsprzedaż, piękne zdjęcia, ochy i achy. Ale czy to jest akurat TA książka, na którą warto wydawać pieniądze?

Odpowiem krótko: TAK. Ja na tę pozycję czekałam bardzo i czułam, że to będzie coś wyjątkowego. Kupiłam książkę w przedsprzedaży i jak tylko rano zobaczyłam SMSa, że paczka jest do odebrania, prawie pobiegłam w piżamie. Bo to jest… no sztos, po prostu.

Mówi się, żeby nie oceniać książki po okładce. Ale ta okładka daje nam przedsmak tego, co w niej znajdziemy. To chyba jedna z najpiękniej wydanych książek, jakie widziałam, a pracowałam w księgarniach, więc widziałam ich sporo.

No dobrze, okładka, wydanie, a co z treścią? Co tam można w ogóle znaleźć? Dla kogo jest ta książka? I po co mi książka o wychowaniu, skoro nie mam dzieci?

Rok wychowania przez sztukę jest dla:

Muzyków i artystów w ogóle. Ania zabiera czytelnika w podróż przez różne aspekty sztuki, stawia pytania i odpowiada na nie w sposób, jakiego muzyk mógłby się nie spodziewać. Nie znajdziemy tam gotowych rozwiązań, a raczej nową, szerszą perspektywę na coś, co znamy, bo zostaliśmy zamknięci w jakimś systemie i nie potrafimy z niego wyjść. Czytając tę książkę, czułam się tak, jakbym rozmawiała o moich przemyśleniach, spostrzeżeniach, doświadczeniach i wątpliwościach z… koleżanką po fachu. Po prostu. Jednak myślę, że to, co może być tutaj szczególnie ważne dla muzyków właśnie (dla mnie takie było) to rozdziały o edukacji muzycznej, słodko-gorzkich doświadczeniach szkolnych, tym nietypowym świecie szkoły muzycznej, który rozumie tylko ten, kto w nim był. To właśnie te rozdziały pozwoliły mi spojrzeć na kilka spraw inczej. Ania opisywała codzienne funkcjonowanie w szkole. Ćwiczenie w klasach, spotykanie się tam z kolegami i koleżankami, wspólne granie, wspólne stanie w kolejce przed egzaminem, wygłupy przed lekcjami w grupach. Czytając to zrozumiałam, dlaczego te chwile i te relacje ze szkoły, są dla mnie tak bardzo ważne, tak zakorzenione w mojej tożsamości. To więzi zbudowane na wspólnym muzykowaniu. Ćwiczeniu przed próbami, śpiewaniu piosenek dla funu, wspólne tworzenie czegoś. I choć z większością z moich szkolnych przyjaciół nie mam już kontaktu, to właśnie te wspólne chwile w szkole są we mnie zapisane na zawsze. I jestem za nie wdzięczna.

Rodziców. Nie tylko małych dzieci, choć tych pewnie szczególnie. Rodzic znajdzie tam mnóstwo inspiracji, pomysłów, odpowiedzi na przeróżne pytania i apekty tego, czym jest wychowanie przez sztukę. Jeśli jest to rodzic, który już to zna i czuje, poszerzy perspektywę, złapie trochę świeżości i może ośmieli się w działaniu. Rodzic, który nie czuje tematu, nie wie czy by się w tym odnalazł, bo on to w ogóle ani śpiewać ani malować nie potrafi, dowie się, że to nie ma znaczenia i że to wszystko, co wydaje mu się, że powinien mieć, by wychowywać swoje dzieci przez sztukę, już ma. Myślę, że osoby, które w ogóle sztuki nie czują i uważają, że nie jest istotnym elementem życia i wychowania, też skorzystałyby z tej lektury. I nie chodzi mi wcale o to, że się przekonają. Ale już samo spotkanie z historią o muzyce i malarstwie, zobaczenie jak to robi ktoś inny, może być ubogacające. Nie trzeba się zgadzać i odrazu zmieniać zdania i całego sposobu życia. Zawsze cenne jest zobaczenie, jak świat wygląda w cudzych butach.

A co z tymi, którzy nie mają swoich dzieci, ani nie pracują w edukacji, no w ogóle nic? Rok wychowania przez sztukę jest dla nich. Dlaczego? Bo to nie jest książka o wychowaniu. To jest sposó na odkrycie w sobie tego, co zostało w nas zakopane krytyką, ocenami, karami i nagrodami, stereotypami i praktycznym podejściem do życia. To sposób na danie sobie przestrzeni, w której znów możemy poczuć się jak dzieci. Eksperymentować z farbami, z dźwiękiem, dotykać natury i bez skrępowania zachwycać się przeczytanym w internecie zdaniem. Tańczyć tak, jak czujemy i chcemy, poczuć, że świat nas tak bardzo nie uwiera. To sposób na przyjęcie siebie, ale też drugiego człowieka, takim, jakim jest. Po prostu.

A nawet, jeśli żadna z powyszych spraw nie jest dla Ciebie ciekawa czy istotna (jestem w stanie wyobrazić sobie, że tak może być) to warto sięgnąć po tę książkę z jeszcze jednego powodu. Jest po prostu pięknie napisana, bardzo przyjemnie się ją czyta, sprawia wrażenie, że słowa są miękkie, przyjemne i chłodne w upał a cieplutkie zimą. To trochę jak czytanie esejów, felietonów, czy zbioru opowiadań. Nie trzeba czytać od deski do deski, w jakimś terminie, na ocenę. Można po prostu sięgać i czytać trochę, akurat wtedy, kiedy czujemy, że chcemy się z tą treścią spotkać. Może też dla kogoś to będzie po prostu sposób na odkrycie na nowo, że czytanie może być przyjemne?

Czy warto? Uważam, że bardzo. Ja tę książkę przeczytałam w całości i sądzę, że to też jest fajne – przeczytać całość, a później wracać na spokojnie do fragmentów, rozdziałów, odkrywać na nowo. Bo Rok wychowania przez sztukę nie jest jednowymiarowy. Czuję, że można z tej książki brać i brać, nie tylko przez rok.

Ania, w lifie na YouTubie mówiła, że to jest książka napisana na przypale, a inni tworzą swoje książki latami. Ja tego tak nie widzę. Mam poczucie, że napisanie jej, było tylko finałem tego, co dokonywało się przez lata. Wielu lat pracy, odkryć, przemyśleń, spotkań i dowiadczeń. Absolutnie nie czuję, żeby było to na przypale 😉

Sztuka wiąże się ze stawianiem pytań otwartych. (…) Obcowanie z nią daje impuls do wytężonego i niczym nieograniczonego myślenia. To nieustanne pytanie i szukanie odpowiedzi. (…) Właśnie to sprzyja treningowi poznawczej aktywności człowieka i kształtowaniu myślenia krytycznego.

Rok Wychowania przez sztukę, Anna Weber

Cisza

Wakacje to czas podróży, odkrywania nowych miejsc, poznawania i doświadczania, ale nade wszystko, czas regeneracji i odpoczynku.

Jeszcze jakiś czas temu sama byłam nastawiona na poznawanie, na wyjazdy w miejsca arcyciekawe, do dużych miast pełnych kultury, architektury, muzeów, ludzi i możliwości. Odkryłam jednak, że to nie daje mi upragnionej regeneracji. Na co dzień mieszkam w mieście, stwierdziłam więc, że jeśli chcę odpocząć, muszę szukać miejsc na uboczu, blisko natury, ciekawych bardziej przyrodniczo niż kutruralnie (mam tu na myśli wytwory kultury, które są przeciwne wytworom natury). Odkryłam, że tym, co najbardziej mnie karmi w takich wakacjach jest właśnie cisza.

Spędzając ostatni tydzień w leśniczówce w Puszczy Białowieskiej, natknęłam się w mojej głowie na pomysł, żeby o tej ciszy napisać coś więcej.

EKSPERYMENT

Zamknij na chwilę oczy. Posiedź chwilę w bezruchu, postaraj się nie aktywować żadnych zmysłów, poczuj, że po prostu jesteś. Teraz, nadal z zamkniętymi oczami, posłuchaj tego, co Cię otacza. Jeśli mieszkasz w mieście i w bloku, pewnie jesteś w stanie wskazać różne dźwięki, które do Ciebie docierają. Muzyka u sąsiada, dzieci biegające po podwórku, może jakaś wiertarka, samochody na ulicy, tramwaj, śmieciarka, może radio lub telewizor u Ciebie… Te dźwięki generalnie odbieramy jako szum, jako niezrozumiałą plątaninę nic nie znaczących dźwiękowych nitek. Dopiero, gdy się na nich skupimy, jesteśmy w stanie je rozplątać i porozdzielać.

Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ gdyby nasz mózg miał stale izolować i interperetować wszystkie otaczające nas dźwięki, prawdopodobnie szybko by się przegrzał. Jako ludzie nie jesteśmy stworzeni do życia w nieustannym hałasie, jednak nasze dorosłe mózgi posiadły już umiejętność określania, co jest warte uwagi, a co nie. Jakie dźwięki pozostawimy w tle, a na jakich warto się skupić. CIEKAWOSTKA: mózgi naszych dzieci tego nie potrafią!

Wyobraźmy sobie, że znajdujemy się w pokoju, w którym jest np. pięć osób. Rozmawiają, śmieją się. Jest tam też pies, który zadowolony z towarzystwa, poszczekuje. Jedna z osób miesza herbatę, stukając łyżeczką o kubek. Jest włączone radio i otwarte okno, pod którym kłócą się sąsiedzi, przyjechał motor, szczeka pies sąsiada. Ktoś w pokoju trącił szklankę, która spadła na podłogę i się stłukła. Te wszystkie dźwięki docierają do nas z taką samą intensywnością, nie ma czegoś takiego, jak dźwięki w tle. Tak samo intensywnie odbieramy szczekającego psa, radio i rozmowę kogoś obok. Tak właśnie świat dźwięków odbierają dzieci. Im młodsze, tym bardziej. Dlatego tak ważne jest, by zadbać o higienę dźwiękową w otoczeniu naszych dzieci, by nie przebywały nieustannie zanużone w dźwięki radia, telewizora, dźwiękowej paplaniny.

Ostatnio sporo mówi się o zjawisku Wysokiej Wrażliwości. Osoby o takiej cesze określa się skrótem WWO (Wysoko Wrażliwa Osoba). To szczególna cecha neurologiczna, która sprawia, że takie osoby są bardziej wyczulone na bodźce, które są pomijane lub nie tak intensywne dla większości społeczeństwa (WWO stanowią około 15-20% populacji, tak samo zresztą jak High Need Babies).

U podstaw wysokiej wrażliwości leży skłonność do głębszego przetwarzania informacji (…) Osoby wysoko wrażliwe wszytsko przetwarzają głębiej.

Elaine N. Aron Wyoko wrażliwi

Możemy więc stwierdzić, że jeśli jesteśmy wysoko wrażliwi w obszarze dźwiękowym, każdy docierający do nas dźwięk będzie przez nasz mózg dużo dokładniej analizowany, niż w przypadku osoby, która takiej “nadwrażliwości” nie posiada. Warto pod tym kątem obserwować nasze dzieci. Moja córka, podobnie jak ja, długo przebywając w hałasie, z radiem włączonym w tle, wśród głośnych rozmów czy w większej grupie dzieci, staje się drażliwa. Dużo szybciej i łatwiej się denerwuje, zaczyna krzyczeć lub płakać, domaga się mleka, przytulenia, wzięcia na ręce. I o ile przebywanie w bogatym środowisku muzycznym, śpiewanie, granie na instrumentach, słuchanie wartościowej muzyki, jest bardzo ważne i rozwijające, o tyle konieczne jest zadbanie również o to, by stworzyć dziecku przestrzeń na ciszę, by mózg nie musiał na bieżąco radzić sobie z tym, co aktualnie słyszy, ale by mógł spokojnie przetworzyć to, co usłyszał już wcześniej. Inaczej może dojść do sytuacji przestymulowania.

Jeśli dostrzegasz każdy najdrobniejszy szczegół okoliczności, w jakich się znajdujesz (…) jest oczywiste, że szybciej się zmęczysz, musząc przetwarzać tak wiele danych (…) nadmierna stymulacja łatwo przeciąża osoby wysoko wrażliwe.

Elaine N. Aron Wysoko wrażliwi

Wspomniałam wcześniej, że człowiek nie jest stworzony do przebywania w nieustannym hałasie. Szczególnie w tym przez człowieka właśnie stworzonym. Każdy, kto był dłużej w lesie wie, że totalnej ciszy tam nie znajdzie. Nawet dziecko przebywające w brzuchu mamy jest otoczone dźwiękami. Co różni zatem industrialny hałas od dźwięków natury, czy tych, które otaczają nas w życiu prenatalnym? NATĘŻENIE. Dźwięki naturalne (szum drzew, śpiew ptaków, morze, bicie serca matki, przepływ krwi w tętnicach) mają dużo mniejsze natężenie niż ogdłos jadącego samochodu (a na ulicach jest więcej niż jeden samochód…), wiertarki, radia, motocykla, młota pneumatycznego na remontowanej własnie ulicy. Jako ciekawostkę, wrzucam Wam utwór inspirowany właśnie industrialnym światem dźwięków.

Russolo, Intonarumoris, Lisboa, Museu Coleção Berardo, 2012

Zachęcam, byście zwrócili uwagę na otaczające Was dźwięki oraz na to, co one z Wami na co dzień robią. Może akurat odkryjecie, że to one są powodem niezrozumianej dotąd drażliwości? Spróbujcie też dawać sobie w ciągu dnia kilka kwadransów ciszy. Na zewnątrz nic się wtedy nie dzieje, ale zapewniam, że Wasz mózg poczuje się jak w spa 😉

Miłego eksperymentowania z ciszą!

Ania

Do napisania tego tekstu wykorzystałam:

  • książkę Wysoko wrażliwi. Jak funkcjonować w świecie, który nas przytłacza Elaine N. Aron
  • tekst Jak chronić dziecko (i siebie) przed zanieczyszczeniem dźwiękowym i dlaczego to takie ważne? z bloga Pomelody
  • artykuł ZANIECZYSZCZENIE HAŁASEM: ZMORA WSPÓŁCZESNOŚCI Kinetic Centrum Nowoczesnej Audiologii
  • notatki ze studiów

Czy muzykowanie jest drogie?

Na pytanie postwione w tytule, odpowiedź brzmi: TO ZALEŻY. Zależy od tego, czego oczekujesz, jakie masz wyobrażenia, co chcesz robić. Bo jeśli zależy Ci na profesjonalnych instrumentach, nutach, zajęciach, to faktycznie, koszty mogą być spore.

Co zatem, jeśli tego wszystkiego nie masz, nie potrzebujesz i nie chcesz wydawać pieniędzy na muzykowanie?

Przede wszystkim musisz pamiętać, że w muzykowaniu z dzieckiem najważniejszy jest rodzic i jego zaangażowanie. Wystarczy więc Twój głos, Twoje ciało. Reszta, to tak naprawdę dodatki i jeśli macie mojego darmowego e-booka z muzycznymi zabawami, to już wiecie, że osobiście preferuję model “bezgadżetowy”.

Jeśli chcesz, żeby Twoje dziecko, oprócz klaskania w ręce i tupania nogami, próbowało też tworzyć muzykę na instrumentach, możesz wykorzystać to, co masz pod ręką: Długopisy, łyżki, garnki, pojemniki, grzechotki zrobione z pojmniczków z kaszą, ryżem, może jakimiś kamyczkami. U mnie za będenek ostatnio robi tekturowy talerzyk jednorazowy i drewniana łyżeczka. Deszczownicę zrobiłam z dużej tuby, która została mi po jakiejś przesyłce. Szeleścimy papierami, stukamy pałeczkami do ryżu. Mamy też w domu profesjonalne instrumenty (skrzypce, gitarę i ukulele) ale do codziennego muzykowania nie korzystamy z nich super często.

Są też książeczki, które można śpiewać, ale dla mnie dużo fajniejsze jest rytmiczne czytanie rymowanek, co można było zobaczyć na moim stories na instagramie.

To w jaki sposób będziesz muzykować ze swoim dzieckiem i co będziesz do tego wykorzystywać, zależy w dużej mierze od Twojej inwencji. Z całą pewnością nie trzeba na to wydawać fortuny!

A jeśli szukasz inspiracji do codziennego muzykowania, zapraszam Cię do mojego newslettera, w którym otrzymasz wspomniany wcześniej, darmowy e-book z muzycznymi zabawami.

Pozdarwiam wakacyjnie!

Ania

Jak pomóc dziecku rozładować napięcia i dlaczego muzyką?

Trudne emocje dziecka. Kto z rodziców nie chciał przez nie wyskoczyć przez okno, niech pierwszy rzuci kamieniem. Tylko nie w dziecko! Oczywiście z przymrużeniem oka, jednak to, że nasze dzieci przeżywają wiele emocji i robią w to sposób intensywny, jest faktem.

W ciągu dnia w ciele zbierają się napięcia. I to jest całkowicie normalne. Spróbujcie sobie przypomnieć, czy choć raz wieczorem nie bolała Was głowa, albo plecy? Czy nie czuliście się tak, jakbyście mieli zaraz wybuchnąć? Czy nie miotaliście się z kąta w kąt nie wiedząc, co ze sobą zrobić? To właśnie nierozładowane napięcia, które powstają, gdy emocje nie są wyrażane i rozładowywane na bieżąco. A teraz wyobraźcie sobie, że tak samo mają nasze dzieci. Tylko gorzej.

My, dorośli, w ciągu życia zdobyliśmy wiele strategii na radzenie sobie z napięciem. Od klasycznego wyparcia i racjonalizacji, po bieganie czy imprezy w klubach. Nie oceniam tu, czy są to metody dobre, czy złe. Po prostu są. A nasze dzieci ich nie mają. Przeżywają emocje pierwszy raz w życiu, a czując je, całe są emocją. Kiedy przeżywają radość – biegają i piszczą na pół miasta. Kiedy czują złość – krzyczą, plują, rzucają się na ziemię. Kiedy się boją – zastygają (albo krzyczą).

Nie podam Wam tutaj sposobu na ugaszenie pożaru, kiedy się wydarza. Jest jednak sporo rzeczy, które możemy robić “na zimno” i które pomogą dziecku (i rodzicowi!) w regulowaniu emocji.

Po pierwsze: dotyk. Działa kojąco na nasz układ nerwowy, ponieważ przez docisk, stymulujemy neurony czuciowe w naszym ciele, a te dostymulowane – wyciszają się. Dodatkowo blikość powoduje produkcję oksytocyny, która nas relaksuje.

Po drugie: śmiech. Nie od dziś wiadomo, że śmiech to zdrowie. Kiedy się śmiejemy, nasz mózg wytwarza endorfiny i otrzymuje komunikat “możemy się wyluzować, jest bezpiecznie”.

Po trzecie: ruch. Podnosi tentno, przez co zaczynamy szybciej oddychać. Krew krąży szybciej, przenosi więcej tlenu, przez co nasz mózg jest lepiej ukrwiony i dotleniony. A dotleniony mózg, to szczęśliwsi my.

Po czwarte: spontaniczność. Wspiera poczucie samostanowienia i decyzyjności, co jest szczególnie ważne u dzieci, które na co dzień bardzo chcą decydować same, ale albo nie potrafią, albo nie mogą, bo ktoś decyduje za nie. A to bardzo frustruje.

Po piąte: przykład. Niebagatelną rolę pełnią tu neurony lustrzane. To one są odpowiedzialne za, tak zwane, “zaraźliwe ziewanie”. Uczestnicząc więc aktywnie i swobodnie w zabawie, dajemy naszemu dziecku przykład. Dzieci uczą się przez naśladowanie. Choć myślę, że swobody i spontaniczności w przeżywaniu siebie i świata, to my, dorośli, powinniśmy się uczyć od dzieci.

Połączmy teraz to wszystko i zobaczmy, co możemy zrobić i jak pomóc naszemu dziecku (i sobie!), żeby żyło nam się spokojniej.

Najbardziej chyba znanym sposobem na wykorzystanie terapeutycznej funkcji muzyki jest taniec. Ale nie taki ładny, wyuczony, z układem. Szalony, spontaniczny taniec do upadłego! W tańcu łączymy wszystkie wymienione wyżej elementy: dotyk, śmiech, ruch i spontaniczność. Dajemy też dziecku przykład, oczywiście jeśli sami jesteśmy zaangażowani i spontaniczni w wyrażaniu siebie przez taniec.

Kolejna metoda z wykorzystaniem muzyki, to swobodna improwizacja z użyciem instrumentów i głosu. Nie muszą być to jakieś super instrumenty i nie musi być ich wcale dużo. Jeśli mamy dostęp do gitary, pianina czy ukulele, możemy je również wykorzystać. Bierzemy instrumenty, siadamy z dzieckiem na podłodze i pozwalamy mu wybrać, to co samo chce. Jeśli potrafimy sobie na czymś zaakopmaniować – robimy to. Śpiewamy dobrze dziecku znaną piosenkę i do niej improwizujemy. To nic, że dziecko będzie stukać nie do rytmu. To nic, że będzie uderzało w cymbałki w ogóle bez sensu. To nic, że weźmie ukulele i będzie po porostu szarpało za struny, albo uderzało ręką w pudło rezonansowe. Dla nas to może być bez sensu (bo jesteśmy dorośli). Dla dziecka to proces tworzenia muzyki. Eksploracja możliwości swoich i instrumentów. Swobodna ekspresja, poczucie sprawczości, decyzyjności, realnego wpływu na otaczającą rzeczywistość. Czyli spontaniczność.

Jeszcze jedno – kołysanie. To chyba jedna z najczęściej wymienianych dziecięcych strategii na rozładowanie napięcia. Dzieci kołyszą się, kiedy uczą się raczkować, chodzić, przed zaśnięciem, przetaczają głowę z lewej na prawą stronę. Stymulują w ten sposób swoje czucie głębokie i zmysł równowagi. Warto więc wykorzystać tę naturalną metodę i kołysać dziecko do spokojnej, śpiewanej przez rodzica melodii (np. kołysanki). Można kołysać się razem z dziekiem np na huśtawce. Kołysanie można też włączyć w taniec. Wspólne spokojne kołysanie i śpiewanie jest bardzo przyjemnym elementem codziennej popołudniowej czy wieczornej rutyny.

I ostatnia rzecz – robienie min. Dla starszych dzieci, 4-6-latków, robienie min, przedrzeźnianie, pokazywanie języka, to również sposób na poradzenie sobie z silną emocją. Dlaczego nie wykorzystać tego w zabawie? Dla przykładu wrzucam tu piosenkę Pomelody Miss Polly. Śpiewamy ją bez słów na “nanana” lub “lalala” robiąc przy tym różne miny. Szczęśliwa mina – śpiewamy lekko i wesoło. Smutna mina – śpiewamy “na smutno”, powoli. Groźna mina – śpiewamy “groźnie”. Znudzona mina – śpiwamy powooooli, możemy przy tym ziewać.

Miss Polly · Pomelody

Na dzisiaj to tyle. Więcej konkretów znajdzie się w moim darmowym e-booku z muzycznymi zabawami. Będzie on dostępny dla osób zapisanych do newslettera, więc jeśli jeszcze nie jesteście zapisani to szyciutko TU!

Jeśli podoba Wam się to, co robię i tworzę dla Was, udostępniajcie i podawajcie dalej! Będzie mi bardzo miło.

Zapraszam też na mojego instagrama i facebooka.

Powodzenia i przyjemnej zabawy!

Ania

Przy pisaniu tego tekstu wspierałam się:

  • wiedzą z kursu Pomelody
  • książką Rozwój psychiczny dziecka od 0 do 10 lat Ilg, Betes Ames, Baker, wyd. GWP Sopot 2020
  • książką Arteterapie dla dzieci i młodzieży Stegmann, Hitzeler, Blotevogel, wyd. Harmonia Universitas, Gdańsk 2015
  • tekstu JAK POMÓC DZIECKU PORADZIĆ SOBIE Z NAPIĘCIEM I STRESEM? Zuzy Skrzyńskiej z bloga https://zuzaskrzynska.com/