Gordonki. Czy warto?

Mamo, nie bój się gordonków!

W Pracowni Helutka trzy razy w tygodniu odbywają się gordonki dla niemowląt. Co to takiego? Czy warto na nie przyjść?

Gordonki. Co to?

Gordonki to potoczna nazwa zajęć umuzykalniających dla dzieci, które są prowadzone wg teorii uczenia się muzyki (MLT – Music Learning Theory) Edwina Eliasa Gordona. Stąd nazwa “gordonki“.

Gordon w swoich badaniach zauważył, że dzieci uczą się muzyki równie szybko, jak mowy. Co więcej, odkrył, jak przedstawiać dzieciom muzykę, tak by było to najbardziej efektowne. Uważał on, że (szczególnie na początku) należy oddzielić rytm i melodię – dwie podstawowe składowe muzyki – i prezentować je dzieciom osobno. Dlatego podczas zajęć gordonowskich recytowane są rytmiczanki oraz śpiewane różnorodne melodie.

Kolejnym ważnym krokiem w stronę uczenia dzieci muzyki było pozbawienie melodii słowa. Gordon stwierdził, że dzieci bardziej skupiają swoją uwagę na słowach, które są im potrzebne do komunikowania się z innymi ludźmi, niż na melodii. Dlatego na gordonkach śpiewane są melodie bez słów, aby dzieci skupiły całą uwagę na melodii w skali.

Skale również są bardzo istotne. Śpiew w różnych skalach ma za zadanie budowanie różnorodnego i bogatego słownika muzycznego dzieci. Dlatego melodie nie ograniczają się jedynie do smutnych (moll) i wesołych (dur).

Na zajęciach gordonowskich chodzi więc o to, by uwrażliwiać dzieci na muzykę i podawać im różnorodny, bogaty materiał muzyczny, analogicznie do materiału językowego. Im więcej mówimy do dzieci, czytamy im, z im większą ilością słów i zwrotów będzie się maluch stykał, tym łatwiej będzie posługiwał się językiem w celu komunikacji. Tak samo dzieje się to w przypadku muzyki: im więcej różnorodnych rytmów, melodii, skal, dźwięków i ich “zestawień” pozna dziecko, tym swobodniej będzie poruszało się w języku muzyki.

Gordonki dla dzieci

Zajęcia umuzykalniające dla dzieci są przede wszystkim dla dzieci. To one najwięcej z nich korzystają, bo pod nie są konstruowane. Dorośli jednak często czują się zagubieni.

Podczas zajęć umuzykalniających dorosły, opiekun czy rodzic, nie musi spełniać wymogów, czy być muzykiem, by móc w takich zajęciach uczestniczyć. Na gordonkach prowadzący będzie proponował włączenie się czy to ruchem, czy śpiewem we wspólną muzyczną zabawę, jednak nie jest to obowiązkowe.

Szczególnie, kiedy zaczynamy przychodzić z maluchem na zajęcia, ważne jest, by umożliwić mu po prostu słuchanie. Wygląda to mało aktywnie i efektownie, jednak w tych małych główkach dzieje się bardzo dużo, kiedy dziecko zamiera i “tylko” słucha. Bardzo ważne jest, by mu na to pozwolić.

Rolą rodzica, opiekuna czy innej osoby dorosłej jest towarzyszenie dziecku, podążanie za nim i stworzenie przestrzeni do aktywnego słuchania, a w końcu włączania się i reagowania na muzykę.

Podstawą gordonków jest rozwój muzyczny dziecka. Jednak przy regularnym uczestnictwie, wydarza się dużo więcej, niż tylko rozumienie rytmów i melodii. Maluchy rozwijają się językowo i komunikacyjnie, poprawiają motorykę dużą i koordynację, stają się śmielsze, bardziej odważne i kreatywne, a dorośli bardziej swobodni i muzykalni.

W tym szaleństwie jest metoda.

Niedawno jedna z mam zapytała mnie, czy moje zajęcia prowadzone są według jakiejś metody, czy “tak o” je sobie wymyśliłam. Porozmawiałyśmy o tym chwilę, ale to pytanie skłoniło mnie do głębszego przemyślenia sprawy.

O co tak naprawdę chodzi w muzykowaniu? O metodę? O sposób? Czy muzykowanie jest środkiem do osiągnięcia celu, czy celem samym w sobie?

Dla mnie, i jest to moje osobiste zdanie, przy muzykowaniu, metoda jest wtórna. Metod tych zresztą jest bardzo dużo. Oczywiście, jeśli mówimy o prowadzeniu zajęć, oparcie się o metodę lub teorię jest ważne, ale nie tyle dla rodziców czy uczestników zajęć, ile dla prowadzącego. Uczestnicy nie muszą jej znać, by czerpać z niej korzyści. Jednak sądzę, że w przypadku takiej aktywności jaką jest muzykowanie, najważniejsze jest to, co wydarza się na płaszczyźnie społecznej, emocjonalnej i poznawczej osób biorących w nim udział. Ale by te rzeczy mogły się wydarzyć, konieczne jest świadome zaangażowanie. W przypadku rodzinnego muzykowania myślę o świadomym zaangażowaniu osób dorosłych, bo oczekiwanie tego od dzieci, jest jak oczekiwanie deszczu na pustyni. Jeśli chcemy, by muzykowanie miało działanie więziotwórcze, by pobudzało lub koiło emocje, by dawało pole do rozwoju i wyrażania siebie, musimy włożyć w to wysiłek. Jeśli przychodzimy na koncert, na którym jest osoba grająca lub śpiewająca i wiele osob, które jedynie słuchają, nie wytworzy się między nimi obustronna, oparta na zaufaniu i otwartości więź. A to właśnie dzieje się, gdy obie strony aktywnie muzykują. Bardzo lubię ten moment, szczególnie w relacji z małymi dziećmi, bo dzieje się to jakby przy okazji, na poziomie, na którym jesteśmy równi. Dziecko proponuje aktywność np. klaskanie a my, dorośli “podłapujemy” ten sygnał, klaszcząc razem z dzieckiem. To niezwykły obszar, w którym dziecko ma realny wpływ na otaczającą go rzeczywistość, może podejmować samodzielne decyzje i relizować swój potencjał. To też przestrzeń, w której nie ma dobrych i złych pomysłów czy odpowiedzi, nie ma oceniania. Jest radość ze wspólnego tworzenia, robienia czegoś razem, dotykanie tego pierwotnego wspólnotowego pierwiastka w nas.

Pamiętam ze studiów pytanie o istnienie muzyki. Gdzie ona tak naprawdę jest i czy istnieje niewykonywana? Nie mam tu na celu odpowiadania na to pytanie, jednak czuję, że to, co tworzymy wspólnie muzykując, jest unikalne dla tej konkretnej chwili i konkretnych osób. To coś, co nie zaistnieje bez nas, a w innym składzie zaistnieje w całkiem inny sposób.

Przychodząc z dzieckiem na zajęcia, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, po co to robię. Co chcę osiągnąć? Czy chcę zapewnić mojemu dziecku bogate środowisko muzyczne? Czy chcę, by rozwijało swoje kompetencje społeczne i emocjonalne? Czy chcę dać dziecku jego własną przestrzeń, w której samo może decydować o sobie? Czy chcę, by uczyło się muzyki, miało większą łatwość w uczeniu się języków? A może rozwijało koordynację ruchową? Żadna z odpowiedzi nie będzie zła lub dobra. Jednak w zależności od naszych oczekiwań i celów, będziemy mogli wybrać najlepsze dla nas zajęcia. Oczywiście na każdych zajęciach umuzykalniających, każda z tych rzeczy się zadzieje, jednak w różnym stopniu, w zależności od metody właśnie.

Czy to źle, że tamta mama zadała mi pytanie o metodę? Nie, to bardzo dobrze. Myślę, że każdy prowadzący zajęcia stawia sobie inny cel, podobnie jak rodzice, decydujący się na uczestnictwo w nich. Dla jednych będą to wspomniane wyżej kompetencje społeczne i emocjonalne, budowanie więzi, dla drugich nauka muzyki sama w sobie, dla jeszcze innych wspieranie rozwoju językowego. I wszystkie te cele są w porządku.

Pewnie już się domyślacie, jakie cele są dla mnie ważne, biorąc pod uwagę, jak często pojawiły się w tym tekście. Jako nieformalna nauczycielka, uważam, że muzyka jest właśnie narzędziem do budowania więzi między rodzicem a dzieckiem, rozwoju kompetencji społecznych i emocjonalnych wszystkich uczestników zajęć. Kluczowe jest dla mnie zaangażowanie rodzica w muzykowanie. Jest to proces, w którym chcę jedynie towarzyszyć, dawać propozycje, stwarzać możliwość. Nie wydaję poleceń, nie trzymam się sztywno planu. Chcę być otwarta na uczestników, wykorzystywać to, co akurat sami podsuwają.

Nie jestem też zwolenniczą wyznawania jedynej słusznej metody. Sądzę, że bardzo zawęża to spektrum rozumienia i daje mniej możliwości do wykorzystania. Dlatego moje zajęcia nie są gordonkami, rytmiką czy logorytmiką. Na moich zajęciach znajdziecie wszystkiego po trochu. Odrobinę Gordona, Dalcrose’a, odrobinę Pomelody i języka angielskiego, odbrobinę logorytmiki i improwizacji. A co najważniejsze, mam nadzieję, że znajdziecie poczucie wspólnoty i przynależności, ukojenia i otwartości na Wasze dzieci, narzędzie do budowania z nimi więzi i bliskości. Na tym zależy mi najbardziej.

#polecANKA № 5

Rozpoczynamy nowy polecANKOWY cykl. W tym miesiącu, zamiast piosenek czy utworów muzycznych, będę polecać Wam książki. Ale nie jakiekolwiek książki. Będą to książki o muzyce dla dzieci i dorosłych. No to jedziemy!

Na pierwszy ogień wybrałam coś dla dzieci – książeczki z serii Uwerturki Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. To proste historyjki, autorstwa Kaliny Cyz, o dźwiękach, instrumentach, muzycznych kolorach i kształtach. Zdobią je przepiękne ilustracje Jagody Charkiewicz. Dzieci poznają instrumenty z różnych rodzin. Dowiadują się, że muzykę można tworzyć tak samo, jak budowlę z klocków. Są dobrym wstępem do poznawania muzycznego świata.

fot. Anna Mitura

Uwerturki dedykowane są dzieciom powyżej drugiego roku życia, domyślam się, że że względu na treść i umiejętność skupienia uwagi. Jednak ja nie mam oporów w pokazywaniu ich młodszym dzieciom. Można opowiadać o tym, co przedstawiają ilustracje, słuchać utworów wykonywanych na danym instrumencie i oglądać go w książeczce. Jeśli chodzimy z dziećmi na zajęcia umuzykalniające czy do filharmonii, możemy w domu porozmawiać o instrumentach, które tam się pojawiły i wykorzystać do tego książeczkę. Możemy własnym głosem naśladować np. skrzypce czy trąbkę. Co tylko przyjdzie nam do głowy 🙂

fot. Anna Mitura

Pierwsze trzy książęczki z serii Uwerturki to:

Muzyka z patyka, czyli skąd się biorą dźwięki?

Koło, trójkąt i pięć linii, czyli jaki kształt ma muzyka?

Czarno na białym, czyli jaki kolor ma muzyka?

fot. Anna Mitura

#polecANKA № 4

I znów środa, więc czas na muzyczną #polecANKĘ.

Kontynuujemy kołysanki i dziś chciałabym Wam przedstawić jedną z najsłodszych, według mnie, arii. Nie jest to typowa kołysanka, ale zdarzyło mi się ją w tym celu śpiewać.

Pozostajemy w kręgu muzyki poważnej, jednak tym razem nie polskiej, a włoskiej.

Puccini, Gianni Schicchi

O mio babbino caro to aria z jednoaktowej opery Gianni Schicchi z początku XX wieku. Gianni Schicchi jest częścią tzw. tryptyku, na który składają się jeszcze dwie inne opery jednoaktowe. Jej akcja dzieje się w 1299 roku we Florencji.

Na YouTube jest bardzo dużo wykonań tej arii, zachęcam do poszukania ich i porownania. Ciekawa jestem, jakie różnice uda się Wam zauważyć?😊

PolecANKA № 3

Kolejne środowe polecenie muzyczne.

Dlaczego akurat to? Bo grało mi w głowie przez ostatnie dni i dlatego, że mnie koi. Coś z półki ”muzyka poważna” ale też “muzyka folkowa”, którą ostatnio szczerze się zachwycam.

Moja znajomość z tym kompozytorem nie była prosta od początku. Pewnie dlatego, że był w mojej głowie pod kategorią “historia muzyki XX i XXI wieku” a na studiach była to dla mnie droga przez mękę. Kiedy dziś na to patrzę, czuję, że moja perspektywa patrzenia, słuchania i rozumienia muzyki była w tamtym czasie bardzo wąska. Jednak zostałam z muzyką z odsłuchów i zajęć, z notatkami i (bądź, co bądź) niezłą wiedzą w tym temacie, bo był to jeden z najlepiej zdanych przeze mnie egzaminów na studiach. Zakuwałam do niego chyba 4 tygodnie, tak bardzo się go bałam, bo uważałam wtedy, że to nie moja bajka. Dzisiaj odkrywam ją na nowo.

arr. Bartosz Kowalski, wyk. Weronika Grozdek-Kołacińska

Uwoz mamo to jedna z pieśni Karola Szymanowskiego, ze zbioru Pieśni kurpiowskich inspirowanych tradycyjną muzyką tego regionu. Oryginalnie, pieśni opracowane są na chór a capella, jednak opracowań i aranżacji powstało wiele. Możemy znaleźć pieśni z akompaniamentem fortepianu, orkiestry, solo itd. Wersja wybrana przeze mnie ujęła mnie surowością, jaką charakteryzują się pieśni ludowe, charakterystyczną barwą głosu, lekkością akompaniamentu orkiestry.

Mam nadzieję, że Wam również się spodoba.

Przyjemności!

Ania

#polecANKA №. 2

W sierpniu pozostajemy w klimacie kołysanek.

Dziś , w moim odczuci, kołysanka wyjątkowa, w której może się przejrzeć każda mama. Łagodna, delikatna opowieść o wdzięczności, niepewności, miłości, o byciu tu i teraz. Z tym utworem warto się spotkać.

Kołysanka od Mamy (z albumu: Polskie śpiewnik z Wartościową Muzyką dla Dzieci TOM 2) muzyka i tekst: Anna Weber nagranie audio: Bartek Staniak videoprodukcja: Filip Olszewski

Środowe muzyczne polecenia №1

W odpowiedzi na prośbę jednej z Was, co środę będę zamieszczać jedną piosenkę lub utwór, które według mnie, są warte odkrycia.

Dziś polecam Wam piosenkę bardzo osobistą. Odkryłam ją kilkanaście lat temu, będąc nastolatką i snując tęskne marzenia o rycerzu na białym koniu (podziękowania w stronę Disneya 👍). Dzisiaj jej znaczenie jest dla mnie zupełnie inne, a piosenka wypełnia mnie ciepłem i dobrem. Często śpiewałam ją w ciąży, później jako kołysankę.

Zapraszam na kilka minut z Dorotą Osińską i Kimś do kochania.

Ktoś do kochania, Dorota Osińska, wytwórnia MJT

Muzyczne preferencje niemowląt

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy małe dzieci mogą lubić jedną muzykę bardziej niż drugą? Albo dlaczego dziecięce piosenki są zbudowane tak, a nie inczej? Zastanawiają się na tym naukowcy i temat ten zbadali, a ja dziś postaram się Wam przybliżyć to, co właściwie naszym maluchom w duszy gra i dlaczego akurat to.

Kanadyjska badaczka i psycholożka muzyki, Sandra Trehub, w swoich badaniach odkryła, że niemowlęta preferują melodie cechujące się powtarzalnością, brakiem gwałtownych zmian w tempie i dynamice, dominacją wysokich rejestrów (czyli śpiewanych wysoko) oraz ogólną prostotą. Trehub jest również autorką pojęcia infant directed singing, czyli parafrazy funkcjonującego w językoznawstwie i lingwistyce infant directed speech. Ogólnie chodzi tu o to, że język, jakim posługujemy się w komunikacji z dzieckiem jest bardzo prosty i od zwykłej mowy różni się specyficznym słownictwem, rejestrem (do dzieci najczęściej mówimy wyżej niż normalnie) oraz składnią (zdania, które budujemy są krótsze i prostsze). Analogicznie przekłada się to na muzykę. Wymienione przeze mnie cechy muzyki, lubianej przez niemowlęta, charakteryzują kołysanki.

Kołysanka ukraińska – Powieszę kołyskę · Aneta Strzeszewska Kołysanki niedzisiejsze, Composer: Kompozycja tradycyjna Lyricist: Tekst tradycyjny

Dlaczego powtarzalność? Znacie pewnie powiedzenie, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy? To prawda. Mózg, szczególnie mózg małego dziecka, uczy się przez powtarzanie. Zauważcie, że dzieci mogą wielokrotnie czytać jedną książeczkę, powtarzać jedno słowo, bawić się w to samo, słuchać tej samej piosenki. To dlatego, że powtarzając daną czynność oswajamy ją, koduje się ona w mózgu i kiedy jest nam już dobrze znana, sprawia nam przyjemność i pozwala się odpreżyć, ponieważ nie musimy już poświęcać energii na rozumienie i analizowanie poszczególnych elementów. W przypadku kołysanek, jest to powtarzalność na poziomie mikro. Nie chodzi o to, by śpiewać dziecku sto razy bardzo skomplikowaną melodię, ale o to, by w ciągu jednej śpiewanej przez nas melodii, wiele razy powtórzył się ten sam motyw melodyczny. Wybrana przeze mnie przykładowa Kołysanka ukraińska składa się z kilku zwrotek o takiej samej melodii. Dzięki temu, już po jednym jej przesłuchaniu jeteśmy w stanie ją zanucić lub zaaudiować (zaśpiewać w głowie bez konieczności śpiewania na głos).

Brak gwałtownych zmian w dynamice (głośno-cicho) i tempie również jest cechą kołysanek. Wyobraźmy sobie, że mama śpiewa dziecku kołysankę i nagle zaczyna ją śpiewać bardzo głośno i bardzo szybko. Czy w tym momencie kołysanka spełni swoją funkcję, jaką jest ukojenie, uspokojenie i finalne zaśnięcie dziecka? Raczej nie. Dodatkowo ważna jest też kwestia tego, że noworodek nagle przechodzi ze świata, w którym dźwięki były przyjemnie wygłuszone, jednostajne i raczej jednorodne, do świata, w którym zalewa go fala głośnych i niespodziewanych dźwięków, trzasków, szumów, krzyków i czego tam jeszcze sobie nie wymyślimy. Naturalnym więc jest, że zwracamy się w stronę tego, co znamy. Dlatego tak ważne jest, by dzieciom śpiewać w takiej samej głośności i tempie przez całą piosenkę. To je koi.

Dominacja wysokich rejestrów. Zauważyliście, że mówiąc do dzieci, mówimy wyżej? Nasz głos staje się bardziej “piskliwy”. Są nawet badania, które dowodzą, że po urodzeniu dziecka, głos kobiety staje się wyższy pod wpływem zmian hormonalnych. To dlatego, że dzieci lepiej rejestrują i przetwarzają dźwięki wyższe, niż te niższe. Łatwiej jest im skupić na nich uwagę. Właśnie z tego powodu większość kołysanek jest skomponowana w oparciu o wyższe dźwięki.

I w końcu prostota. W teorii muzyki i analizie, do opisu formy stosuje się litery. Prosta forma to ABAB, gdzie A będzie zwrotką, a B refrenem. To najpopularniejsza forma wykorzystywana w popularnych piosenkach. Jednak jeśli chodzi o kołysanki, często możemy się spotkać po prostu z formą AAA, to znaczy, że trzy razy powtarzamy tę samą melodię z innym tekstem. Tak jest w przypadku Był sobie król, Aaa kotki dwa, czy w naszej przykładowej Kołysance ukraińskiej. Ma to ścisły związek z wymienioną na początku powtarzalnością. Im bardziej skomplikujemy melodię śpiewaną dziecku, tym trudniej będzie mu ją przyswoić. Czy to znaczy, że piosenki dla dzieci mają być prostackie? Absolutnie NIE. Mogą być przepięknie zaaranżowane i wykonane a przy tym proste w zakresie budowy.

Czy w temacie preferencji muzycznych niemowląt to wszystko? Nie. Ten temat jest szeroki i jeszcze wiele ciekawych rzeczy można by tu napisać. Myślę jednak, że na dziś wystarczy 🙂

Jeśli ten tekst Ci się spodobał, będzie mi bardzo miło, jeśli go udostępnisz 🙂

Do przeczytania za tydzień!

Ania

Do napisania tego teksu wykorzystałam notatki ze studiów z pychologii muzyki

Cisza

Wakacje to czas podróży, odkrywania nowych miejsc, poznawania i doświadczania, ale nade wszystko, czas regeneracji i odpoczynku.

Jeszcze jakiś czas temu sama byłam nastawiona na poznawanie, na wyjazdy w miejsca arcyciekawe, do dużych miast pełnych kultury, architektury, muzeów, ludzi i możliwości. Odkryłam jednak, że to nie daje mi upragnionej regeneracji. Na co dzień mieszkam w mieście, stwierdziłam więc, że jeśli chcę odpocząć, muszę szukać miejsc na uboczu, blisko natury, ciekawych bardziej przyrodniczo niż kutruralnie (mam tu na myśli wytwory kultury, które są przeciwne wytworom natury). Odkryłam, że tym, co najbardziej mnie karmi w takich wakacjach jest właśnie cisza.

Spędzając ostatni tydzień w leśniczówce w Puszczy Białowieskiej, natknęłam się w mojej głowie na pomysł, żeby o tej ciszy napisać coś więcej.

EKSPERYMENT

Zamknij na chwilę oczy. Posiedź chwilę w bezruchu, postaraj się nie aktywować żadnych zmysłów, poczuj, że po prostu jesteś. Teraz, nadal z zamkniętymi oczami, posłuchaj tego, co Cię otacza. Jeśli mieszkasz w mieście i w bloku, pewnie jesteś w stanie wskazać różne dźwięki, które do Ciebie docierają. Muzyka u sąsiada, dzieci biegające po podwórku, może jakaś wiertarka, samochody na ulicy, tramwaj, śmieciarka, może radio lub telewizor u Ciebie… Te dźwięki generalnie odbieramy jako szum, jako niezrozumiałą plątaninę nic nie znaczących dźwiękowych nitek. Dopiero, gdy się na nich skupimy, jesteśmy w stanie je rozplątać i porozdzielać.

Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ gdyby nasz mózg miał stale izolować i interperetować wszystkie otaczające nas dźwięki, prawdopodobnie szybko by się przegrzał. Jako ludzie nie jesteśmy stworzeni do życia w nieustannym hałasie, jednak nasze dorosłe mózgi posiadły już umiejętność określania, co jest warte uwagi, a co nie. Jakie dźwięki pozostawimy w tle, a na jakich warto się skupić. CIEKAWOSTKA: mózgi naszych dzieci tego nie potrafią!

Wyobraźmy sobie, że znajdujemy się w pokoju, w którym jest np. pięć osób. Rozmawiają, śmieją się. Jest tam też pies, który zadowolony z towarzystwa, poszczekuje. Jedna z osób miesza herbatę, stukając łyżeczką o kubek. Jest włączone radio i otwarte okno, pod którym kłócą się sąsiedzi, przyjechał motor, szczeka pies sąsiada. Ktoś w pokoju trącił szklankę, która spadła na podłogę i się stłukła. Te wszystkie dźwięki docierają do nas z taką samą intensywnością, nie ma czegoś takiego, jak dźwięki w tle. Tak samo intensywnie odbieramy szczekającego psa, radio i rozmowę kogoś obok. Tak właśnie świat dźwięków odbierają dzieci. Im młodsze, tym bardziej. Dlatego tak ważne jest, by zadbać o higienę dźwiękową w otoczeniu naszych dzieci, by nie przebywały nieustannie zanużone w dźwięki radia, telewizora, dźwiękowej paplaniny.

Ostatnio sporo mówi się o zjawisku Wysokiej Wrażliwości. Osoby o takiej cesze określa się skrótem WWO (Wysoko Wrażliwa Osoba). To szczególna cecha neurologiczna, która sprawia, że takie osoby są bardziej wyczulone na bodźce, które są pomijane lub nie tak intensywne dla większości społeczeństwa (WWO stanowią około 15-20% populacji, tak samo zresztą jak High Need Babies).

U podstaw wysokiej wrażliwości leży skłonność do głębszego przetwarzania informacji (…) Osoby wysoko wrażliwe wszytsko przetwarzają głębiej.

Elaine N. Aron Wyoko wrażliwi

Możemy więc stwierdzić, że jeśli jesteśmy wysoko wrażliwi w obszarze dźwiękowym, każdy docierający do nas dźwięk będzie przez nasz mózg dużo dokładniej analizowany, niż w przypadku osoby, która takiej “nadwrażliwości” nie posiada. Warto pod tym kątem obserwować nasze dzieci. Moja córka, podobnie jak ja, długo przebywając w hałasie, z radiem włączonym w tle, wśród głośnych rozmów czy w większej grupie dzieci, staje się drażliwa. Dużo szybciej i łatwiej się denerwuje, zaczyna krzyczeć lub płakać, domaga się mleka, przytulenia, wzięcia na ręce. I o ile przebywanie w bogatym środowisku muzycznym, śpiewanie, granie na instrumentach, słuchanie wartościowej muzyki, jest bardzo ważne i rozwijające, o tyle konieczne jest zadbanie również o to, by stworzyć dziecku przestrzeń na ciszę, by mózg nie musiał na bieżąco radzić sobie z tym, co aktualnie słyszy, ale by mógł spokojnie przetworzyć to, co usłyszał już wcześniej. Inaczej może dojść do sytuacji przestymulowania.

Jeśli dostrzegasz każdy najdrobniejszy szczegół okoliczności, w jakich się znajdujesz (…) jest oczywiste, że szybciej się zmęczysz, musząc przetwarzać tak wiele danych (…) nadmierna stymulacja łatwo przeciąża osoby wysoko wrażliwe.

Elaine N. Aron Wysoko wrażliwi

Wspomniałam wcześniej, że człowiek nie jest stworzony do przebywania w nieustannym hałasie. Szczególnie w tym przez człowieka właśnie stworzonym. Każdy, kto był dłużej w lesie wie, że totalnej ciszy tam nie znajdzie. Nawet dziecko przebywające w brzuchu mamy jest otoczone dźwiękami. Co różni zatem industrialny hałas od dźwięków natury, czy tych, które otaczają nas w życiu prenatalnym? NATĘŻENIE. Dźwięki naturalne (szum drzew, śpiew ptaków, morze, bicie serca matki, przepływ krwi w tętnicach) mają dużo mniejsze natężenie niż ogdłos jadącego samochodu (a na ulicach jest więcej niż jeden samochód…), wiertarki, radia, motocykla, młota pneumatycznego na remontowanej własnie ulicy. Jako ciekawostkę, wrzucam Wam utwór inspirowany właśnie industrialnym światem dźwięków.

Russolo, Intonarumoris, Lisboa, Museu Coleção Berardo, 2012

Zachęcam, byście zwrócili uwagę na otaczające Was dźwięki oraz na to, co one z Wami na co dzień robią. Może akurat odkryjecie, że to one są powodem niezrozumianej dotąd drażliwości? Spróbujcie też dawać sobie w ciągu dnia kilka kwadransów ciszy. Na zewnątrz nic się wtedy nie dzieje, ale zapewniam, że Wasz mózg poczuje się jak w spa 😉

Miłego eksperymentowania z ciszą!

Ania

Do napisania tego tekstu wykorzystałam:

  • książkę Wysoko wrażliwi. Jak funkcjonować w świecie, który nas przytłacza Elaine N. Aron
  • tekst Jak chronić dziecko (i siebie) przed zanieczyszczeniem dźwiękowym i dlaczego to takie ważne? z bloga Pomelody
  • artykuł ZANIECZYSZCZENIE HAŁASEM: ZMORA WSPÓŁCZESNOŚCI Kinetic Centrum Nowoczesnej Audiologii
  • notatki ze studiów

Melodia

Dziś o drugim ważnym elemencie muzyki – o melodii. Najprościej mówiąc, jest to ciąg dźwięków o różnej wysokości. Nie musi być ich bardzo dużo, tak naprawdę wystarczą dwa, trzy dźwięki i już możemy śpiewać melodię.

Gdyby nie melodia, muzyka pozostałaby jedynie zbiorem niezróżnicowanych dźwięków, wydawanych przy stukaniu patykami, kamieniami, klaskaniu czy tupaniu. To oczywiście ważne, ale niewystarczające.

Melodia jest zamknięta w systemie, czyli skali. Mówiąc prosto, może być to skala wesoła (durowa) lub smutna (mollowa). Są to najprostsze skale, które na stałe weszły do naszego języka muzycznego. Większość piosenek, które słyszymy w radiu (szczególnie piosenek dla dzieci) są utrzymane w dur. Czyli są wesołe. Czasem zdarzy się jakaś w moll, ale nie jest to jakoś szczególnie częste. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że warto sobie uświadomić, że żyjemy na co dzień, w bardzo ubogim muzycznym świecie. Bo nie są to jedyne skale, jakimi operujemy, tworząc melodie. Podam tu kilka, jedynie dla przykładu: skala cygańska, góralska, pentatonika, skale greckie (lidyjska, frygijska, dorycka), skale średniowieczne. Możemy więc zobaczyć, jak wiele więcej systemów mamy do wykorzystania. To ważne, aby dziecko miało z nimi styczność, ponieważ poszerza to jego rozumienie i percepcję muzyczną, a także kształtuje gust muzyczny, tak że jako osoba dorosła, będzie chętnie sięgać po różne rodzaje i gatunki muzyczne, nie ograniczając się do jednego, prostego i zrozumiałego dla niej/niego. Dlatego warto otaczać dzieci wartościową muzyką już od początku. Jak zawsze, odsyłam do Pomelody pomelody.com, bo właśnie tam znajdziecie taką nieoczywistą i rozwijającą muzykę dla dzieci. Dla przykładu wrzucam dobrze wszystkim znaną piosenkę “Stary niedźwiedź mocno śpi“. Zobaczcie, a właściwie usłyszcie, co można zrobić z prostą dziecięcą melodią 🙂

Aranż, produkcja i wokal: Anna Weber

Wracając jednak do melodii. W szkole muzycznej uczono nas, że melodia to coś długiego, skomplikowanego, co trzeba bardzo dokładnie zapamiętać, by później idealnie to odtworzyć przed czujną na wszelkie podknięcia komisją egzaminacyjną. Oczywiście uczono nas odtwarzać, to co ktoś inny wcześniej zapisał – Bach, Mozart, Chopin, Szymanowski… Nasze umiejętności posługiwania się muzyką ograniczają się właśnie do tego – do powtarzania kogoś innego. To tak, jakbyśmy podczas nauki mowy, od początku uczyli się mówić Sienkiewiczem, Słowackim, Tuwimem, a zupełnie nie potrafili budować własnych zdań. Tak samo jest z melodią (czy ogólnie, muzyką). Aby jednak budować własne zdania, czy to mówione językiem, czy muzyką, potrzebujemy jednak zasobów, cegiełek, czy klocków, które później będziemy mogli łączyć w dowolnej konfiguracji.

PRZYKŁAD

Weźmy sobie kilka słów: mama, tata, auto, jechać, babcia. To są nasze klocki, które możemy łączyć w zdanie. Możemy powiedzieć “Mama i tata jadą autem do babci“. Mamy słowa ułożone dokładnie w tej samej kolejności. Ale możemy też powiedzieć “Tata i mama jadą autem do babci“. Sens ten sam, choć inna konfiguracja. “Babcia i mama jadą autem do taty” – tu już sens lekko się zmienia. Ale gdy powiemy “Mama, tata i babcia jadą autem” z tych samych słów zbudujemy zdanie o zupełnie nowym znaczeniu. (Dlaczego wybrałam właśnie takie słowa? Bo to słowa i zdania budowane najczęściej przez moją córkę 😀 Różni ludzie jeżdżą autem do innych ludzi. Czasem zamiast auta jest tramwaj lub autobus. Można też jechać do domu na obiad. Taka dygresja 😉 )

Tak samo dzieje się z melodią. Wcale nie musi być ona skomplikowana i długa. To mogą być 3-5 dźwięków, które będziemy sobie śpiewać, np. przy przewijaniu czy podczas swobodnej zabawy.

PRZYKŁAD

My bardzo często śpiewamy “wlazł kotek na płotek“. Najczęściej do mycia rąk. To melodia składająca się dokładnie z pięciu dźwięków: do, re, mi, fa, sol, ułożonych następująco:

sol mi mi fa re re do mi sol

sol mi mi fa re re do mi do

do mi mi re fa fa sol mi sol

do mi mi re fa fa sol mi do

Bardzo prosto. Jak my to śpiewamy? Można zauważyć, że nie napisałam tu słów. Celowo. Ponieważ słowa są kolejnym, osobnym elementem muzyki (choć niekoniecznym). W każdym razie, jest to dodatkowa rzecz, na której musiałby skupić się mózg naszego dziecka. Piosenka/melodia ze słowami będzie więc trudniejsza do przetworzenia, niż bez nich. Warto więc używać po prostu głosek “la”, “pa”, “du”… My, akurat w przypadku tej piosenki, śpiewamy “hau” lub “miał” (pomysł córki).

Na początku, całość śpiewałam ja. Ale bardzo lubię włączać ją do tego, co robimy i podczas czytania, i śpiewania. Śpiewam więc “sol mi mi fa re re” a ona dośpiewuje “do mi sol” (oczywiście wszystko na “miał” lub “hau”). Zachodzi tu bardzo ważny proces. Dziecko znające już jakąś melodię, bo wcześniej zaśpiewaliśmy mu ją milion razy, ma czas, żeby usłyszeć ją w swojej głowie. Dopowiedzieć dalszą część zdania lub odpowiedzieć na pytanie. Proces ten nazywamy audiacją, ale o nim innym razem.

Tak samo możemy robić z każdą inną piosenką, którą lubi nasze dziecko. Pozbawiać ją słów, śpiewać melodię na głoskach, a z czasem, robić w niej przerwy i zobaczyć, co się stanie. Najpierw możecie nic nie usłyszeć, ale wasze dziecko, najpewniej, usłyszy dalszą część melodii w swojej głowie. A stąd już niedaleka droga do wypowiedzenia jej na głos.

Na dziś to tyle. Śpiewajcie razem jak najwięcej!

Do następnego,

Ania.

rys. Anna Mitura