#polecANKA № 10

To już 10 #polecANKA! Juhu! A ponieważ to jakby jubileusz, to postanowiłam dziś podzielić się z Wami czymś nieco innym niż do tej pory. #polecANKA na początku, miała być cyklem muzycznym. Jednak jak się z czasem okazało, Wasze potrzeby są nieco inne. I to świetnie, bo #polecANKA nabrała przez to kształtu. To Wy wybieracie to, co w danym momencie jest dla Was bardziej atrakcyjne, ciekawe a ja szukam w tym temacie tego, co przetestowałam, poznałam, co sprawdza się u mnie, w mojej rodzinie i pracy. To też dla mnie świetna forma interakcji z Wami, mam poczucie, że przez obustronne zaangazowanie #polecANKA jest bardziej bezpośrednia.

Kończąc jednak ten przydługi wstęp. Dziś chcę Wam przedstawić pięć inspirujących mnie kobiet. Tych, od których się uczę, które są wspierające, dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem. Kolejność jest przypadkowa.

Na początek przedstawiam Magdę z @magdaraczka_fotografuje Magda jest fotografką i mamą Kaja. Jeszcze niedawno prowadziła swoją działalność w zupełnie innym obszarze, ale odważyła się na zmianę. Na Instagramie pokazuje rodzinną codzienność, wspólne gotowanie, podróże. Mówi też o zdrowiu psychicznym, o szukaniu swojej drogi i pomysłu na siebie. Mnie osobiście zmotywowała do założenia Music is fun! Tworzy też reportaże o kobietach w cyklu #projektmatka. Magda organizuje też dużo akcji, ostatnia z nich to #nieczekampublikuję zachęcająca do dzielenia się swoją twórczością nawet wtedy, gdy uważamy, że nie jest wystarczająco dobra.

Kolejna kobieta to Zuza Skrzyńska. Mama Oli i Ali, która w sieci wspiera inne mamy w radzeniu sobie z trudnymi emocjami. Porusza trudne tematy: złości rodzicielskiej i dziecięcej, poczucia winy, perfekcjonizmu, depresji, uzależnień. Dzieli się tym, co sama uważa za wartościowe, co sama przetestowała i u niej działa. Dodatkowo, daje cenne wskazówki biznesowe i marketingowe. U Zuzy można poczuć się poklepanym po plecach, zmotywowanym ale czasem wylewa też kubeł zimnej wody na głowę. A wszystko to w komunikacji empatycznej i stanowczej, a to niełatwe połączenie. To, co moim zdaniem, wyróżnia konto Zuzy, poza tym wszystkim, co już wymieniłam, to #notatkizmacierzyństwa Jak Zuza sama mówiła, czyta za nas książki i wyciąga z nich same konkrety podając je w graficznej formie notatek.

Trzecią super mamą jest Natalia z @druzyna_b Kobieta petarda! Mama czwórki (CZWÓRKI!) dzieci, która razem z mężem zdecydowała, że będą uczyć dzieci w systemie edukacji domowej. Jest edukatorką Pozytywnej Dyscypliny. Popularyzuje rodzicielstwo bliskości i dystansu 😉 Natalia organizuje przeróżne akcje związane z kobiecością i macierzyństwem m.in. #jestemwystarczajaca #połógtonormalne czy #edwtrasie gdzie pokazuje, jak można podejść do tematu edukacji dzieci. U Natalii znajdziecie wsparcie, dużą dawkę humoru, tematy społeczne i edukacyjne, codzienność – czasem wciągającą, czasem codzienną 😉 tak się akurat złożyło, że byłyśmy z Natalią wciąży w tym samym czasie. Ona w trzeciej, ja w pierwszej. Ile ta kobieta dała mi wtedy odwagi, siły, wsparcia, ile rzeczy wytłumaczyła. Jestem wdzięczna na maksa!

No i pora na muzyczne poletko. @mama_rytmiczka jak sama nazwa wskazuje – mama i rytmiczka. Autorka audiozabaw. Natalia, podobnie jak ja, zajmuje się tematem umuzykalniania dzieci i daje do tego gotowe narzędzia, czyli audiozabawy właśnie. Dzieli się mnóstwem inspiracji – muzycznych, książkowych, filozoficznych. A to, co ja znajduję u Natalii, to dużo spokoju, ciepła i otwartości. Zobaczcie, co ciekawego tym razem zaproponuje.

And last, but not least @musicat_muzyczneinspiracje Paulina, również rytmiczka tworząca muzyczne zabawy ruchowe, taneczne czy z wykorzystaniem kubeczków. Stworzyła również Rytmiczanki Kolorowanki, wspaniałe narzędzie do wykorzystania w domu czy na zajęciach muzycznych. Ale ponieważ pracuje teraz nad innym projektem razem z @panirytmika są one dostępne tylko do końca tego miesiąca. Więc jeśli jesteście ich ciekawi, biegnijcie szybko! U Pauliny jest bardzo miło, muzycznie, kolorowo i inspirująco.

Na dziś to tyle. Pięć kobiet dzielących się tym, co mają w sobie pięknego, każda z nich wspierająca, inspirująca, motywująca do działania. Zajrzyjcie do nich koniecznie, bo to są kopalnie wspaniałych rzeczy!

#polecANKA №9

To ostatnia książkowa polecANKA. Postanowiłam więc, że tym razem, zamiast proponować Wam kolejną książeczkę dla dzieci o tematyce muzycznej, pokaże Wam, jak wykorzystać do muzycznej zabawy, zwykłą książeczkę. A jak to zrobić? Zobaczcie w filmiku 😉

#polecANKA № 5

Rozpoczynamy nowy polecANKOWY cykl. W tym miesiącu, zamiast piosenek czy utworów muzycznych, będę polecać Wam książki. Ale nie jakiekolwiek książki. Będą to książki o muzyce dla dzieci i dorosłych. No to jedziemy!

Na pierwszy ogień wybrałam coś dla dzieci – książeczki z serii Uwerturki Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. To proste historyjki, autorstwa Kaliny Cyz, o dźwiękach, instrumentach, muzycznych kolorach i kształtach. Zdobią je przepiękne ilustracje Jagody Charkiewicz. Dzieci poznają instrumenty z różnych rodzin. Dowiadują się, że muzykę można tworzyć tak samo, jak budowlę z klocków. Są dobrym wstępem do poznawania muzycznego świata.

fot. Anna Mitura

Uwerturki dedykowane są dzieciom powyżej drugiego roku życia, domyślam się, że że względu na treść i umiejętność skupienia uwagi. Jednak ja nie mam oporów w pokazywaniu ich młodszym dzieciom. Można opowiadać o tym, co przedstawiają ilustracje, słuchać utworów wykonywanych na danym instrumencie i oglądać go w książeczce. Jeśli chodzimy z dziećmi na zajęcia umuzykalniające czy do filharmonii, możemy w domu porozmawiać o instrumentach, które tam się pojawiły i wykorzystać do tego książeczkę. Możemy własnym głosem naśladować np. skrzypce czy trąbkę. Co tylko przyjdzie nam do głowy 🙂

fot. Anna Mitura

Pierwsze trzy książęczki z serii Uwerturki to:

Muzyka z patyka, czyli skąd się biorą dźwięki?

Koło, trójkąt i pięć linii, czyli jaki kształt ma muzyka?

Czarno na białym, czyli jaki kolor ma muzyka?

fot. Anna Mitura

Jak pomóc dziecku rozładować napięcia i dlaczego muzyką?

Trudne emocje dziecka. Kto z rodziców nie chciał przez nie wyskoczyć przez okno, niech pierwszy rzuci kamieniem. Tylko nie w dziecko! Oczywiście z przymrużeniem oka, jednak to, że nasze dzieci przeżywają wiele emocji i robią w to sposób intensywny, jest faktem.

W ciągu dnia w ciele zbierają się napięcia. I to jest całkowicie normalne. Spróbujcie sobie przypomnieć, czy choć raz wieczorem nie bolała Was głowa, albo plecy? Czy nie czuliście się tak, jakbyście mieli zaraz wybuchnąć? Czy nie miotaliście się z kąta w kąt nie wiedząc, co ze sobą zrobić? To właśnie nierozładowane napięcia, które powstają, gdy emocje nie są wyrażane i rozładowywane na bieżąco. A teraz wyobraźcie sobie, że tak samo mają nasze dzieci. Tylko gorzej.

My, dorośli, w ciągu życia zdobyliśmy wiele strategii na radzenie sobie z napięciem. Od klasycznego wyparcia i racjonalizacji, po bieganie czy imprezy w klubach. Nie oceniam tu, czy są to metody dobre, czy złe. Po prostu są. A nasze dzieci ich nie mają. Przeżywają emocje pierwszy raz w życiu, a czując je, całe są emocją. Kiedy przeżywają radość – biegają i piszczą na pół miasta. Kiedy czują złość – krzyczą, plują, rzucają się na ziemię. Kiedy się boją – zastygają (albo krzyczą).

Nie podam Wam tutaj sposobu na ugaszenie pożaru, kiedy się wydarza. Jest jednak sporo rzeczy, które możemy robić “na zimno” i które pomogą dziecku (i rodzicowi!) w regulowaniu emocji.

Po pierwsze: dotyk. Działa kojąco na nasz układ nerwowy, ponieważ przez docisk, stymulujemy neurony czuciowe w naszym ciele, a te dostymulowane – wyciszają się. Dodatkowo blikość powoduje produkcję oksytocyny, która nas relaksuje.

Po drugie: śmiech. Nie od dziś wiadomo, że śmiech to zdrowie. Kiedy się śmiejemy, nasz mózg wytwarza endorfiny i otrzymuje komunikat “możemy się wyluzować, jest bezpiecznie”.

Po trzecie: ruch. Podnosi tentno, przez co zaczynamy szybciej oddychać. Krew krąży szybciej, przenosi więcej tlenu, przez co nasz mózg jest lepiej ukrwiony i dotleniony. A dotleniony mózg, to szczęśliwsi my.

Po czwarte: spontaniczność. Wspiera poczucie samostanowienia i decyzyjności, co jest szczególnie ważne u dzieci, które na co dzień bardzo chcą decydować same, ale albo nie potrafią, albo nie mogą, bo ktoś decyduje za nie. A to bardzo frustruje.

Po piąte: przykład. Niebagatelną rolę pełnią tu neurony lustrzane. To one są odpowiedzialne za, tak zwane, “zaraźliwe ziewanie”. Uczestnicząc więc aktywnie i swobodnie w zabawie, dajemy naszemu dziecku przykład. Dzieci uczą się przez naśladowanie. Choć myślę, że swobody i spontaniczności w przeżywaniu siebie i świata, to my, dorośli, powinniśmy się uczyć od dzieci.

Połączmy teraz to wszystko i zobaczmy, co możemy zrobić i jak pomóc naszemu dziecku (i sobie!), żeby żyło nam się spokojniej.

Najbardziej chyba znanym sposobem na wykorzystanie terapeutycznej funkcji muzyki jest taniec. Ale nie taki ładny, wyuczony, z układem. Szalony, spontaniczny taniec do upadłego! W tańcu łączymy wszystkie wymienione wyżej elementy: dotyk, śmiech, ruch i spontaniczność. Dajemy też dziecku przykład, oczywiście jeśli sami jesteśmy zaangażowani i spontaniczni w wyrażaniu siebie przez taniec.

Kolejna metoda z wykorzystaniem muzyki, to swobodna improwizacja z użyciem instrumentów i głosu. Nie muszą być to jakieś super instrumenty i nie musi być ich wcale dużo. Jeśli mamy dostęp do gitary, pianina czy ukulele, możemy je również wykorzystać. Bierzemy instrumenty, siadamy z dzieckiem na podłodze i pozwalamy mu wybrać, to co samo chce. Jeśli potrafimy sobie na czymś zaakopmaniować – robimy to. Śpiewamy dobrze dziecku znaną piosenkę i do niej improwizujemy. To nic, że dziecko będzie stukać nie do rytmu. To nic, że będzie uderzało w cymbałki w ogóle bez sensu. To nic, że weźmie ukulele i będzie po porostu szarpało za struny, albo uderzało ręką w pudło rezonansowe. Dla nas to może być bez sensu (bo jesteśmy dorośli). Dla dziecka to proces tworzenia muzyki. Eksploracja możliwości swoich i instrumentów. Swobodna ekspresja, poczucie sprawczości, decyzyjności, realnego wpływu na otaczającą rzeczywistość. Czyli spontaniczność.

Jeszcze jedno – kołysanie. To chyba jedna z najczęściej wymienianych dziecięcych strategii na rozładowanie napięcia. Dzieci kołyszą się, kiedy uczą się raczkować, chodzić, przed zaśnięciem, przetaczają głowę z lewej na prawą stronę. Stymulują w ten sposób swoje czucie głębokie i zmysł równowagi. Warto więc wykorzystać tę naturalną metodę i kołysać dziecko do spokojnej, śpiewanej przez rodzica melodii (np. kołysanki). Można kołysać się razem z dziekiem np na huśtawce. Kołysanie można też włączyć w taniec. Wspólne spokojne kołysanie i śpiewanie jest bardzo przyjemnym elementem codziennej popołudniowej czy wieczornej rutyny.

I ostatnia rzecz – robienie min. Dla starszych dzieci, 4-6-latków, robienie min, przedrzeźnianie, pokazywanie języka, to również sposób na poradzenie sobie z silną emocją. Dlaczego nie wykorzystać tego w zabawie? Dla przykładu wrzucam tu piosenkę Pomelody Miss Polly. Śpiewamy ją bez słów na “nanana” lub “lalala” robiąc przy tym różne miny. Szczęśliwa mina – śpiewamy lekko i wesoło. Smutna mina – śpiewamy “na smutno”, powoli. Groźna mina – śpiewamy “groźnie”. Znudzona mina – śpiwamy powooooli, możemy przy tym ziewać.

Miss Polly · Pomelody

Na dzisiaj to tyle. Więcej konkretów znajdzie się w moim darmowym e-booku z muzycznymi zabawami. Będzie on dostępny dla osób zapisanych do newslettera, więc jeśli jeszcze nie jesteście zapisani to szyciutko TU!

Jeśli podoba Wam się to, co robię i tworzę dla Was, udostępniajcie i podawajcie dalej! Będzie mi bardzo miło.

Zapraszam też na mojego instagrama i facebooka.

Powodzenia i przyjemnej zabawy!

Ania

Przy pisaniu tego tekstu wspierałam się:

  • wiedzą z kursu Pomelody
  • książką Rozwój psychiczny dziecka od 0 do 10 lat Ilg, Betes Ames, Baker, wyd. GWP Sopot 2020
  • książką Arteterapie dla dzieci i młodzieży Stegmann, Hitzeler, Blotevogel, wyd. Harmonia Universitas, Gdańsk 2015
  • tekstu JAK POMÓC DZIECKU PORADZIĆ SOBIE Z NAPIĘCIEM I STRESEM? Zuzy Skrzyńskiej z bloga https://zuzaskrzynska.com/

Melodia

Dziś o drugim ważnym elemencie muzyki – o melodii. Najprościej mówiąc, jest to ciąg dźwięków o różnej wysokości. Nie musi być ich bardzo dużo, tak naprawdę wystarczą dwa, trzy dźwięki i już możemy śpiewać melodię.

Gdyby nie melodia, muzyka pozostałaby jedynie zbiorem niezróżnicowanych dźwięków, wydawanych przy stukaniu patykami, kamieniami, klaskaniu czy tupaniu. To oczywiście ważne, ale niewystarczające.

Melodia jest zamknięta w systemie, czyli skali. Mówiąc prosto, może być to skala wesoła (durowa) lub smutna (mollowa). Są to najprostsze skale, które na stałe weszły do naszego języka muzycznego. Większość piosenek, które słyszymy w radiu (szczególnie piosenek dla dzieci) są utrzymane w dur. Czyli są wesołe. Czasem zdarzy się jakaś w moll, ale nie jest to jakoś szczególnie częste. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że warto sobie uświadomić, że żyjemy na co dzień, w bardzo ubogim muzycznym świecie. Bo nie są to jedyne skale, jakimi operujemy, tworząc melodie. Podam tu kilka, jedynie dla przykładu: skala cygańska, góralska, pentatonika, skale greckie (lidyjska, frygijska, dorycka), skale średniowieczne. Możemy więc zobaczyć, jak wiele więcej systemów mamy do wykorzystania. To ważne, aby dziecko miało z nimi styczność, ponieważ poszerza to jego rozumienie i percepcję muzyczną, a także kształtuje gust muzyczny, tak że jako osoba dorosła, będzie chętnie sięgać po różne rodzaje i gatunki muzyczne, nie ograniczając się do jednego, prostego i zrozumiałego dla niej/niego. Dlatego warto otaczać dzieci wartościową muzyką już od początku. Jak zawsze, odsyłam do Pomelody pomelody.com, bo właśnie tam znajdziecie taką nieoczywistą i rozwijającą muzykę dla dzieci. Dla przykładu wrzucam dobrze wszystkim znaną piosenkę “Stary niedźwiedź mocno śpi“. Zobaczcie, a właściwie usłyszcie, co można zrobić z prostą dziecięcą melodią 🙂

Aranż, produkcja i wokal: Anna Weber

Wracając jednak do melodii. W szkole muzycznej uczono nas, że melodia to coś długiego, skomplikowanego, co trzeba bardzo dokładnie zapamiętać, by później idealnie to odtworzyć przed czujną na wszelkie podknięcia komisją egzaminacyjną. Oczywiście uczono nas odtwarzać, to co ktoś inny wcześniej zapisał – Bach, Mozart, Chopin, Szymanowski… Nasze umiejętności posługiwania się muzyką ograniczają się właśnie do tego – do powtarzania kogoś innego. To tak, jakbyśmy podczas nauki mowy, od początku uczyli się mówić Sienkiewiczem, Słowackim, Tuwimem, a zupełnie nie potrafili budować własnych zdań. Tak samo jest z melodią (czy ogólnie, muzyką). Aby jednak budować własne zdania, czy to mówione językiem, czy muzyką, potrzebujemy jednak zasobów, cegiełek, czy klocków, które później będziemy mogli łączyć w dowolnej konfiguracji.

PRZYKŁAD

Weźmy sobie kilka słów: mama, tata, auto, jechać, babcia. To są nasze klocki, które możemy łączyć w zdanie. Możemy powiedzieć “Mama i tata jadą autem do babci“. Mamy słowa ułożone dokładnie w tej samej kolejności. Ale możemy też powiedzieć “Tata i mama jadą autem do babci“. Sens ten sam, choć inna konfiguracja. “Babcia i mama jadą autem do taty” – tu już sens lekko się zmienia. Ale gdy powiemy “Mama, tata i babcia jadą autem” z tych samych słów zbudujemy zdanie o zupełnie nowym znaczeniu. (Dlaczego wybrałam właśnie takie słowa? Bo to słowa i zdania budowane najczęściej przez moją córkę 😀 Różni ludzie jeżdżą autem do innych ludzi. Czasem zamiast auta jest tramwaj lub autobus. Można też jechać do domu na obiad. Taka dygresja 😉 )

Tak samo dzieje się z melodią. Wcale nie musi być ona skomplikowana i długa. To mogą być 3-5 dźwięków, które będziemy sobie śpiewać, np. przy przewijaniu czy podczas swobodnej zabawy.

PRZYKŁAD

My bardzo często śpiewamy “wlazł kotek na płotek“. Najczęściej do mycia rąk. To melodia składająca się dokładnie z pięciu dźwięków: do, re, mi, fa, sol, ułożonych następująco:

sol mi mi fa re re do mi sol

sol mi mi fa re re do mi do

do mi mi re fa fa sol mi sol

do mi mi re fa fa sol mi do

Bardzo prosto. Jak my to śpiewamy? Można zauważyć, że nie napisałam tu słów. Celowo. Ponieważ słowa są kolejnym, osobnym elementem muzyki (choć niekoniecznym). W każdym razie, jest to dodatkowa rzecz, na której musiałby skupić się mózg naszego dziecka. Piosenka/melodia ze słowami będzie więc trudniejsza do przetworzenia, niż bez nich. Warto więc używać po prostu głosek “la”, “pa”, “du”… My, akurat w przypadku tej piosenki, śpiewamy “hau” lub “miał” (pomysł córki).

Na początku, całość śpiewałam ja. Ale bardzo lubię włączać ją do tego, co robimy i podczas czytania, i śpiewania. Śpiewam więc “sol mi mi fa re re” a ona dośpiewuje “do mi sol” (oczywiście wszystko na “miał” lub “hau”). Zachodzi tu bardzo ważny proces. Dziecko znające już jakąś melodię, bo wcześniej zaśpiewaliśmy mu ją milion razy, ma czas, żeby usłyszeć ją w swojej głowie. Dopowiedzieć dalszą część zdania lub odpowiedzieć na pytanie. Proces ten nazywamy audiacją, ale o nim innym razem.

Tak samo możemy robić z każdą inną piosenką, którą lubi nasze dziecko. Pozbawiać ją słów, śpiewać melodię na głoskach, a z czasem, robić w niej przerwy i zobaczyć, co się stanie. Najpierw możecie nic nie usłyszeć, ale wasze dziecko, najpewniej, usłyszy dalszą część melodii w swojej głowie. A stąd już niedaleka droga do wypowiedzenia jej na głos.

Na dziś to tyle. Śpiewajcie razem jak najwięcej!

Do następnego,

Ania.

rys. Anna Mitura

Rytm

Zaczniemy od rytmu, bo jest to najprostszy element muzyki, który towarzyszy nam praktycznie przy każdej czynności. Rytmiczne jest chodzenie, bieganie, skakanie nawet mieszanie zupy w garnku czy krojenie warzyw (mięsa unikamy, nie? :D)

Nie będziemy się tu posługiwać słownikowym pojęciem rytmu, bo na nasz użytek, jest to po prostu zbędne.

Plik dla tych, którzy wolą posłuchać:

Tosia i las Music is fun!

Bajka wyciszaj?ca dla dzieci, napisana w oparciu o metod? relaksacji autogennej Schultza. Pozwala dziecku wyciszy? si?, poczu? ci??ar swojego cia?a oraz skupi? si? na oddechu.
  1. Tosia i las
  2. Bajka o listku
  3. Music is fun no. 3
  4. Music is fun no. 2
  5. Music is fun no. 1

Ale do rzeczy.

Rytm to ta składowa muzyki, którą szczególnie czuje nasze ciało. Możemy klaskać, tupać, podskakiwać, kiwać głową, kląskać (robić językiem odgłos konika), wypowiadać rytmicznie głoski… W zasadzie każda część naszego ciała może nam posłużyć do wykonania rytmu. W końcu, najbardziej złożoną motorycznie, ale też najbardziej naturalną czynnością jest taniec.

Nie trzeba być rodzicem, żeby wiedzieć, że małe dzieci zupełnie naturalnie i spontanicznie, poruszają swoim cialem do rytmu piosenek. Bo to totalnie naturalna potrzeba ludzkiego ciała – rytmiczne poruszanie się. Wielu rodziców i opiekunów ma problem z tym, że sami nie potrafią tańczyć, nie mają poczucia rytmu i nie chcą “uczyć dzieci źle”. Sama miałam ten problem. Nie jestem tancerką, taniec jako taki nie sprawia mi największej na świecie przyjemności, często zwyczajnie nie wiem, co ze sobą zrobić. Jak słyczę moją córkę chodzącą za mną i mówiącą “tacyć” to robi mi się słabo. Więc… Tańczę! Tak jak (nie)potrafię. Pamiętajcie, to nie jest konkurs, egzamin, wasze dziecko nie oceni was, nie porówna z panią z teatru baletowego. Ono będzie przeszczęśliwe, że robicie coś RAZEM. A przy okazji zadzieje się kilka ważnych rzeczy. Dziecko obserwując nas będzie miało wzór do naśladowania. Przekładając to na nasz dorosły język, wygląda to tak: “aha, więc mama/tata tak się porusza kiedy leci muzyka/śpiewa. Czyli mogę tak poruszać nogą. O, mogę tak klasnąć. Oooooo, mogę się obrócić!” Oczywiście maluch w swojej głowie nie wyprodukuje takich zdań, to po to, żebyśmy mogli sobie ten proces wyobrazić. Jeśli tańczymy spontanicznie, raczej nie będziemy powtarzać tych samych ruchów za każdym razem, nawet do tej samej piosenki. To również ważna lekcja dla naszych dzieci. Widzą, że można improwizować. Na początku raczej będą powtarzać te same ruchy (kucać, tupać nogą, bujać się), ale po jakimś czasie będzie można zauważyć, że repertuar ruchów dziecka powiększa się i poszczególne sekwencje swobodnie łączą się ze sobą.

PRZYKŁAD

Moja córka, kiedy zaczynała tańczyć, stała przy kanapie i rytmicznie zginała kolana. Nie umiała jeszcze wtedy samodzielnie stać i chodzić. Później powtarzała to stojąc bez podparcia, później zaczęła się również kołysać. Z czasem doszło do tego klaskanie i uderzanie rączkami w swoje nogi. Kiedy już opanowała swoje ciało na tyle, by czuć się bezpiecznie chodząc, zaczęła podskakiwać, obracać się. Ciąg dalszy nastąpi.

Jak zatem wykorzytać rytm w codzienności z dzieckiem? Bo przecież nie chodzi o to, żeby teraz rzucić wszystko i stworzyć dziecku sztuczne lekcje rytmu, najlepiej jeszcze z profesjonalnymi instrumentami i tablicą. Lekcja 30 minut, półtoraroczniak skupiony przez ten cały czas, grzecznie wykonujący nasze polecenia. Nooo, to tak nie działa.

Dla dzieci chodzących bardzo fajne jest po prostu chodzenie do rytmu. Kiedy idziemy na spacer, możemy bawić się z dzieckiem w robienie dużych kroków, później w miejsce jednego dużego kroku robimy dwa małe, biegniemy szybko do najbliższego drzewa, wołamy “stop!” i nie ruszamy się przez chwilę. Liczymy do trzech i na trzy podskakujemy, przeskakujemy kałużę, zeskakujemy z murka. To wszytko rytm.

Gotując obiad możemy śpiewać piosenki, albo włączyć radio i stukać łyżką o garnek, mieszać w rytm piosenki, zrobić grzechotkę z małego pojemniczka i ryżu.

Do wieszania prania super sprawdzają się… szanty. Bo taka właśnie jest ich funkcja: pomoc przy wykonywaniu rytmicznych, powtarzających się czynności (dodatkowo zwiększają efektywność wykonywanej pracy).

No dobrze, a co z tymi noworodziami, leżącymi ziemniaczkami, które nie wiedzą, że ta ręka, która spadła na ich twarz to ich własna ręka? Tu wykorzystujmy rytm przy pielęgnacji. Możemy mówić rymowanki i w ich rytmie masować dziecko, smarować kremem, myć. Zamiast rymowanek, świetnie sprawdzi się też rytmiczne wypowiadanie głosek takich jak “ma”, “da”, “ba” czy “pa”. W ten sposób mózg dziecka łatwiej skupi się na samym rytmie, a dodatkowo są to pierwsze sylaby, które maluchy wypowiadają. Możemy śpiewać i delikalnie stukać w nóżki dziecka albo klaskać jego rączkami. Oczywiście na tyle, na ile dziecko pozwoli. Możemy zawiązać bobasa w chustę i z nim tańczyć (świetny trening i metoda na usypianie 😉 ), możemy kołysać dziecko na rękach, skakać na piłce, bujać w bujaku. Generalnie – wprawiać ciało w rytmiczny ruch. A prz okazji stymulujemy zmysł równowagi, rozwijamy świadomość ciała, budujemy bliskość i więź. Tworzą się też nowe ścieżki neuronowe. Same plusy 🙂

Zachęcam do spróbowania. Codzienność z dzieckiem bywa męcząca. Bywa, że chcemy ugotować ten obiad, ale za cholerę się nie da. Zabawa z rytmem uatrakcyjnia proste i dla dziecka często nudne czynności, a nam dorosłym, daje poczucie sensu (bo przecież właśnie tak bardzo stymulujemy nasze dziecko i przy okazji mamy obiad!) i odwraca naszą uwagę od zmęczenia, znudzenia (tak, bycie rodzicem bywa nudne jak flaki z olejem), złości. Oczywiście to nie jest magiczny sposób na udane rodzicielstwo. Bo możemy zaproponować dziecku zabawę w stukanie pałeczkami, a ono będzie chciało… rozlewać wodę po całej chacie. I to też nas frutruje – przecież JA wymyśliłam ci taką fajną zabawę, a ty masz ją w nosie! Tak też bywa 😉

Do następnego!

Ania

rys. Anna Mitura