W tym szaleństwie jest metoda.

Niedawno jedna z mam zapytała mnie, czy moje zajęcia prowadzone są według jakiejś metody, czy “tak o” je sobie wymyśliłam. Porozmawiałyśmy o tym chwilę, ale to pytanie skłoniło mnie do głębszego przemyślenia sprawy.

O co tak naprawdę chodzi w muzykowaniu? O metodę? O sposób? Czy muzykowanie jest środkiem do osiągnięcia celu, czy celem samym w sobie?

Dla mnie, i jest to moje osobiste zdanie, przy muzykowaniu, metoda jest wtórna. Metod tych zresztą jest bardzo dużo. Oczywiście, jeśli mówimy o prowadzeniu zajęć, oparcie się o metodę lub teorię jest ważne, ale nie tyle dla rodziców czy uczestników zajęć, ile dla prowadzącego. Uczestnicy nie muszą jej znać, by czerpać z niej korzyści. Jednak sądzę, że w przypadku takiej aktywności jaką jest muzykowanie, najważniejsze jest to, co wydarza się na płaszczyźnie społecznej, emocjonalnej i poznawczej osób biorących w nim udział. Ale by te rzeczy mogły się wydarzyć, konieczne jest świadome zaangażowanie. W przypadku rodzinnego muzykowania myślę o świadomym zaangażowaniu osób dorosłych, bo oczekiwanie tego od dzieci, jest jak oczekiwanie deszczu na pustyni. Jeśli chcemy, by muzykowanie miało działanie więziotwórcze, by pobudzało lub koiło emocje, by dawało pole do rozwoju i wyrażania siebie, musimy włożyć w to wysiłek. Jeśli przychodzimy na koncert, na którym jest osoba grająca lub śpiewająca i wiele osob, które jedynie słuchają, nie wytworzy się między nimi obustronna, oparta na zaufaniu i otwartości więź. A to właśnie dzieje się, gdy obie strony aktywnie muzykują. Bardzo lubię ten moment, szczególnie w relacji z małymi dziećmi, bo dzieje się to jakby przy okazji, na poziomie, na którym jesteśmy równi. Dziecko proponuje aktywność np. klaskanie a my, dorośli “podłapujemy” ten sygnał, klaszcząc razem z dzieckiem. To niezwykły obszar, w którym dziecko ma realny wpływ na otaczającą go rzeczywistość, może podejmować samodzielne decyzje i relizować swój potencjał. To też przestrzeń, w której nie ma dobrych i złych pomysłów czy odpowiedzi, nie ma oceniania. Jest radość ze wspólnego tworzenia, robienia czegoś razem, dotykanie tego pierwotnego wspólnotowego pierwiastka w nas.

Pamiętam ze studiów pytanie o istnienie muzyki. Gdzie ona tak naprawdę jest i czy istnieje niewykonywana? Nie mam tu na celu odpowiadania na to pytanie, jednak czuję, że to, co tworzymy wspólnie muzykując, jest unikalne dla tej konkretnej chwili i konkretnych osób. To coś, co nie zaistnieje bez nas, a w innym składzie zaistnieje w całkiem inny sposób.

Przychodząc z dzieckiem na zajęcia, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, po co to robię. Co chcę osiągnąć? Czy chcę zapewnić mojemu dziecku bogate środowisko muzyczne? Czy chcę, by rozwijało swoje kompetencje społeczne i emocjonalne? Czy chcę dać dziecku jego własną przestrzeń, w której samo może decydować o sobie? Czy chcę, by uczyło się muzyki, miało większą łatwość w uczeniu się języków? A może rozwijało koordynację ruchową? Żadna z odpowiedzi nie będzie zła lub dobra. Jednak w zależności od naszych oczekiwań i celów, będziemy mogli wybrać najlepsze dla nas zajęcia. Oczywiście na każdych zajęciach umuzykalniających, każda z tych rzeczy się zadzieje, jednak w różnym stopniu, w zależności od metody właśnie.

Czy to źle, że tamta mama zadała mi pytanie o metodę? Nie, to bardzo dobrze. Myślę, że każdy prowadzący zajęcia stawia sobie inny cel, podobnie jak rodzice, decydujący się na uczestnictwo w nich. Dla jednych będą to wspomniane wyżej kompetencje społeczne i emocjonalne, budowanie więzi, dla drugich nauka muzyki sama w sobie, dla jeszcze innych wspieranie rozwoju językowego. I wszystkie te cele są w porządku.

Pewnie już się domyślacie, jakie cele są dla mnie ważne, biorąc pod uwagę, jak często pojawiły się w tym tekście. Jako nieformalna nauczycielka, uważam, że muzyka jest właśnie narzędziem do budowania więzi między rodzicem a dzieckiem, rozwoju kompetencji społecznych i emocjonalnych wszystkich uczestników zajęć. Kluczowe jest dla mnie zaangażowanie rodzica w muzykowanie. Jest to proces, w którym chcę jedynie towarzyszyć, dawać propozycje, stwarzać możliwość. Nie wydaję poleceń, nie trzymam się sztywno planu. Chcę być otwarta na uczestników, wykorzystywać to, co akurat sami podsuwają.

Nie jestem też zwolenniczą wyznawania jedynej słusznej metody. Sądzę, że bardzo zawęża to spektrum rozumienia i daje mniej możliwości do wykorzystania. Dlatego moje zajęcia nie są gordonkami, rytmiką czy logorytmiką. Na moich zajęciach znajdziecie wszystkiego po trochu. Odrobinę Gordona, Dalcrose’a, odrobinę Pomelody i języka angielskiego, odbrobinę logorytmiki i improwizacji. A co najważniejsze, mam nadzieję, że znajdziecie poczucie wspólnoty i przynależności, ukojenia i otwartości na Wasze dzieci, narzędzie do budowania z nimi więzi i bliskości. Na tym zależy mi najbardziej.

Melodia

Dziś o drugim ważnym elemencie muzyki – o melodii. Najprościej mówiąc, jest to ciąg dźwięków o różnej wysokości. Nie musi być ich bardzo dużo, tak naprawdę wystarczą dwa, trzy dźwięki i już możemy śpiewać melodię.

Gdyby nie melodia, muzyka pozostałaby jedynie zbiorem niezróżnicowanych dźwięków, wydawanych przy stukaniu patykami, kamieniami, klaskaniu czy tupaniu. To oczywiście ważne, ale niewystarczające.

Melodia jest zamknięta w systemie, czyli skali. Mówiąc prosto, może być to skala wesoła (durowa) lub smutna (mollowa). Są to najprostsze skale, które na stałe weszły do naszego języka muzycznego. Większość piosenek, które słyszymy w radiu (szczególnie piosenek dla dzieci) są utrzymane w dur. Czyli są wesołe. Czasem zdarzy się jakaś w moll, ale nie jest to jakoś szczególnie częste. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że warto sobie uświadomić, że żyjemy na co dzień, w bardzo ubogim muzycznym świecie. Bo nie są to jedyne skale, jakimi operujemy, tworząc melodie. Podam tu kilka, jedynie dla przykładu: skala cygańska, góralska, pentatonika, skale greckie (lidyjska, frygijska, dorycka), skale średniowieczne. Możemy więc zobaczyć, jak wiele więcej systemów mamy do wykorzystania. To ważne, aby dziecko miało z nimi styczność, ponieważ poszerza to jego rozumienie i percepcję muzyczną, a także kształtuje gust muzyczny, tak że jako osoba dorosła, będzie chętnie sięgać po różne rodzaje i gatunki muzyczne, nie ograniczając się do jednego, prostego i zrozumiałego dla niej/niego. Dlatego warto otaczać dzieci wartościową muzyką już od początku. Jak zawsze, odsyłam do Pomelody pomelody.com, bo właśnie tam znajdziecie taką nieoczywistą i rozwijającą muzykę dla dzieci. Dla przykładu wrzucam dobrze wszystkim znaną piosenkę “Stary niedźwiedź mocno śpi“. Zobaczcie, a właściwie usłyszcie, co można zrobić z prostą dziecięcą melodią 🙂

Aranż, produkcja i wokal: Anna Weber

Wracając jednak do melodii. W szkole muzycznej uczono nas, że melodia to coś długiego, skomplikowanego, co trzeba bardzo dokładnie zapamiętać, by później idealnie to odtworzyć przed czujną na wszelkie podknięcia komisją egzaminacyjną. Oczywiście uczono nas odtwarzać, to co ktoś inny wcześniej zapisał – Bach, Mozart, Chopin, Szymanowski… Nasze umiejętności posługiwania się muzyką ograniczają się właśnie do tego – do powtarzania kogoś innego. To tak, jakbyśmy podczas nauki mowy, od początku uczyli się mówić Sienkiewiczem, Słowackim, Tuwimem, a zupełnie nie potrafili budować własnych zdań. Tak samo jest z melodią (czy ogólnie, muzyką). Aby jednak budować własne zdania, czy to mówione językiem, czy muzyką, potrzebujemy jednak zasobów, cegiełek, czy klocków, które później będziemy mogli łączyć w dowolnej konfiguracji.

PRZYKŁAD

Weźmy sobie kilka słów: mama, tata, auto, jechać, babcia. To są nasze klocki, które możemy łączyć w zdanie. Możemy powiedzieć “Mama i tata jadą autem do babci“. Mamy słowa ułożone dokładnie w tej samej kolejności. Ale możemy też powiedzieć “Tata i mama jadą autem do babci“. Sens ten sam, choć inna konfiguracja. “Babcia i mama jadą autem do taty” – tu już sens lekko się zmienia. Ale gdy powiemy “Mama, tata i babcia jadą autem” z tych samych słów zbudujemy zdanie o zupełnie nowym znaczeniu. (Dlaczego wybrałam właśnie takie słowa? Bo to słowa i zdania budowane najczęściej przez moją córkę 😀 Różni ludzie jeżdżą autem do innych ludzi. Czasem zamiast auta jest tramwaj lub autobus. Można też jechać do domu na obiad. Taka dygresja 😉 )

Tak samo dzieje się z melodią. Wcale nie musi być ona skomplikowana i długa. To mogą być 3-5 dźwięków, które będziemy sobie śpiewać, np. przy przewijaniu czy podczas swobodnej zabawy.

PRZYKŁAD

My bardzo często śpiewamy “wlazł kotek na płotek“. Najczęściej do mycia rąk. To melodia składająca się dokładnie z pięciu dźwięków: do, re, mi, fa, sol, ułożonych następująco:

sol mi mi fa re re do mi sol

sol mi mi fa re re do mi do

do mi mi re fa fa sol mi sol

do mi mi re fa fa sol mi do

Bardzo prosto. Jak my to śpiewamy? Można zauważyć, że nie napisałam tu słów. Celowo. Ponieważ słowa są kolejnym, osobnym elementem muzyki (choć niekoniecznym). W każdym razie, jest to dodatkowa rzecz, na której musiałby skupić się mózg naszego dziecka. Piosenka/melodia ze słowami będzie więc trudniejsza do przetworzenia, niż bez nich. Warto więc używać po prostu głosek “la”, “pa”, “du”… My, akurat w przypadku tej piosenki, śpiewamy “hau” lub “miał” (pomysł córki).

Na początku, całość śpiewałam ja. Ale bardzo lubię włączać ją do tego, co robimy i podczas czytania, i śpiewania. Śpiewam więc “sol mi mi fa re re” a ona dośpiewuje “do mi sol” (oczywiście wszystko na “miał” lub “hau”). Zachodzi tu bardzo ważny proces. Dziecko znające już jakąś melodię, bo wcześniej zaśpiewaliśmy mu ją milion razy, ma czas, żeby usłyszeć ją w swojej głowie. Dopowiedzieć dalszą część zdania lub odpowiedzieć na pytanie. Proces ten nazywamy audiacją, ale o nim innym razem.

Tak samo możemy robić z każdą inną piosenką, którą lubi nasze dziecko. Pozbawiać ją słów, śpiewać melodię na głoskach, a z czasem, robić w niej przerwy i zobaczyć, co się stanie. Najpierw możecie nic nie usłyszeć, ale wasze dziecko, najpewniej, usłyszy dalszą część melodii w swojej głowie. A stąd już niedaleka droga do wypowiedzenia jej na głos.

Na dziś to tyle. Śpiewajcie razem jak najwięcej!

Do następnego,

Ania.

rys. Anna Mitura

Poznajmy się!

A więc usiadłam i tworzę.

Mam na imię Ania, jestem muzykolożką, skrzypaczką, mamą i postanowiłam, że pora coś z tym wszystkim zrobić.

W naszym domu podstawą funkcjonowania jest muzyka i muzykowanie. Towarzyszy nam praktycznie cały czas. Mój mąż jest “specjalistą” od rocka i radia generalnie, ja od przemycania wiedzy i edukacji muzycznej do życia naszej córki, by budować w niej świadomość, rozwijać potencjał i kształtować jej muzyczny gust. Czego słuchamy? Wszystkiego! (może poza disco-polo, bo tego akurat nie lubimy. Nie oceniam.) Tańczymy, gramy na instrumentach, improwizujemy, śpiewamy. Widzę, jak wiele daje to nam, jako rodzinie, ale chyba przede wszystkim – jak wiele daje to naszej córce, która mając niespełna dwa lata, śpiewa sobie swoje własne, wymyślane melodie, wystukuje rytmy, powtarza, tańczy i tak naprawdę, w tym momencie jest już dwujęzyczna. Absorbując język angielski z piosenek (i nie oszukujmy się – z Peppy), pewnego dnia po prostu zaczęła używać angielskich słówek. Jak to się stało? W mózgu, część odpowiadająca za muzykę (mówiąc prosto), jest również częścią odpowiadającą za język. Bo muzyka to język, w którym mówimy w bardzo specyficzny sposób. To język naszych emocji, ciała, poczucia bezpieczeństwa, przynależności.

Skoro więc muzykowanie ma tak wiele korzyści, dlaczego ograniczać się z tym tylko do moich czterech ścian? Postanowiłam podzielić się tym naszym muzycznym światkiem ze… światem.

Chcę stworzyć miejsce, w którym rodzice znajdą narzędzia i materiały do zabawy muzyką. By muzyka przestała być domeną sal koncertowych, by w prosty sposób znalazła miejsce w naszych domach.

Na czym chcę się opierać? Na wiedzy zdobytej na kursie Pomelody (http://pomelody.com), na studiach i w czasie mojej edukacji muzycznej, na metodzie Gordona oraz elemantach atreterapii, szczególnie muzykoterapii.

Na dziś to tyle.

Do usłyszenia!

Ania.