Gordonki. Czy warto?

Mamo, nie bój się gordonków!

W Pracowni Helutka trzy razy w tygodniu odbywają się gordonki dla niemowląt. Co to takiego? Czy warto na nie przyjść?

Gordonki. Co to?

Gordonki to potoczna nazwa zajęć umuzykalniających dla dzieci, które są prowadzone wg teorii uczenia się muzyki (MLT – Music Learning Theory) Edwina Eliasa Gordona. Stąd nazwa “gordonki“.

Gordon w swoich badaniach zauważył, że dzieci uczą się muzyki równie szybko, jak mowy. Co więcej, odkrył, jak przedstawiać dzieciom muzykę, tak by było to najbardziej efektowne. Uważał on, że (szczególnie na początku) należy oddzielić rytm i melodię – dwie podstawowe składowe muzyki – i prezentować je dzieciom osobno. Dlatego podczas zajęć gordonowskich recytowane są rytmiczanki oraz śpiewane różnorodne melodie.

Kolejnym ważnym krokiem w stronę uczenia dzieci muzyki było pozbawienie melodii słowa. Gordon stwierdził, że dzieci bardziej skupiają swoją uwagę na słowach, które są im potrzebne do komunikowania się z innymi ludźmi, niż na melodii. Dlatego na gordonkach śpiewane są melodie bez słów, aby dzieci skupiły całą uwagę na melodii w skali.

Skale również są bardzo istotne. Śpiew w różnych skalach ma za zadanie budowanie różnorodnego i bogatego słownika muzycznego dzieci. Dlatego melodie nie ograniczają się jedynie do smutnych (moll) i wesołych (dur).

Na zajęciach gordonowskich chodzi więc o to, by uwrażliwiać dzieci na muzykę i podawać im różnorodny, bogaty materiał muzyczny, analogicznie do materiału językowego. Im więcej mówimy do dzieci, czytamy im, z im większą ilością słów i zwrotów będzie się maluch stykał, tym łatwiej będzie posługiwał się językiem w celu komunikacji. Tak samo dzieje się to w przypadku muzyki: im więcej różnorodnych rytmów, melodii, skal, dźwięków i ich “zestawień” pozna dziecko, tym swobodniej będzie poruszało się w języku muzyki.

Gordonki dla dzieci

Zajęcia umuzykalniające dla dzieci są przede wszystkim dla dzieci. To one najwięcej z nich korzystają, bo pod nie są konstruowane. Dorośli jednak często czują się zagubieni.

Podczas zajęć umuzykalniających dorosły, opiekun czy rodzic, nie musi spełniać wymogów, czy być muzykiem, by móc w takich zajęciach uczestniczyć. Na gordonkach prowadzący będzie proponował włączenie się czy to ruchem, czy śpiewem we wspólną muzyczną zabawę, jednak nie jest to obowiązkowe.

Szczególnie, kiedy zaczynamy przychodzić z maluchem na zajęcia, ważne jest, by umożliwić mu po prostu słuchanie. Wygląda to mało aktywnie i efektownie, jednak w tych małych główkach dzieje się bardzo dużo, kiedy dziecko zamiera i “tylko” słucha. Bardzo ważne jest, by mu na to pozwolić.

Rolą rodzica, opiekuna czy innej osoby dorosłej jest towarzyszenie dziecku, podążanie za nim i stworzenie przestrzeni do aktywnego słuchania, a w końcu włączania się i reagowania na muzykę.

Podstawą gordonków jest rozwój muzyczny dziecka. Jednak przy regularnym uczestnictwie, wydarza się dużo więcej, niż tylko rozumienie rytmów i melodii. Maluchy rozwijają się językowo i komunikacyjnie, poprawiają motorykę dużą i koordynację, stają się śmielsze, bardziej odważne i kreatywne, a dorośli bardziej swobodni i muzykalni.

W tym szaleństwie jest metoda.

Niedawno jedna z mam zapytała mnie, czy moje zajęcia prowadzone są według jakiejś metody, czy “tak o” je sobie wymyśliłam. Porozmawiałyśmy o tym chwilę, ale to pytanie skłoniło mnie do głębszego przemyślenia sprawy.

O co tak naprawdę chodzi w muzykowaniu? O metodę? O sposób? Czy muzykowanie jest środkiem do osiągnięcia celu, czy celem samym w sobie?

Dla mnie, i jest to moje osobiste zdanie, przy muzykowaniu, metoda jest wtórna. Metod tych zresztą jest bardzo dużo. Oczywiście, jeśli mówimy o prowadzeniu zajęć, oparcie się o metodę lub teorię jest ważne, ale nie tyle dla rodziców czy uczestników zajęć, ile dla prowadzącego. Uczestnicy nie muszą jej znać, by czerpać z niej korzyści. Jednak sądzę, że w przypadku takiej aktywności jaką jest muzykowanie, najważniejsze jest to, co wydarza się na płaszczyźnie społecznej, emocjonalnej i poznawczej osób biorących w nim udział. Ale by te rzeczy mogły się wydarzyć, konieczne jest świadome zaangażowanie. W przypadku rodzinnego muzykowania myślę o świadomym zaangażowaniu osób dorosłych, bo oczekiwanie tego od dzieci, jest jak oczekiwanie deszczu na pustyni. Jeśli chcemy, by muzykowanie miało działanie więziotwórcze, by pobudzało lub koiło emocje, by dawało pole do rozwoju i wyrażania siebie, musimy włożyć w to wysiłek. Jeśli przychodzimy na koncert, na którym jest osoba grająca lub śpiewająca i wiele osob, które jedynie słuchają, nie wytworzy się między nimi obustronna, oparta na zaufaniu i otwartości więź. A to właśnie dzieje się, gdy obie strony aktywnie muzykują. Bardzo lubię ten moment, szczególnie w relacji z małymi dziećmi, bo dzieje się to jakby przy okazji, na poziomie, na którym jesteśmy równi. Dziecko proponuje aktywność np. klaskanie a my, dorośli “podłapujemy” ten sygnał, klaszcząc razem z dzieckiem. To niezwykły obszar, w którym dziecko ma realny wpływ na otaczającą go rzeczywistość, może podejmować samodzielne decyzje i relizować swój potencjał. To też przestrzeń, w której nie ma dobrych i złych pomysłów czy odpowiedzi, nie ma oceniania. Jest radość ze wspólnego tworzenia, robienia czegoś razem, dotykanie tego pierwotnego wspólnotowego pierwiastka w nas.

Pamiętam ze studiów pytanie o istnienie muzyki. Gdzie ona tak naprawdę jest i czy istnieje niewykonywana? Nie mam tu na celu odpowiadania na to pytanie, jednak czuję, że to, co tworzymy wspólnie muzykując, jest unikalne dla tej konkretnej chwili i konkretnych osób. To coś, co nie zaistnieje bez nas, a w innym składzie zaistnieje w całkiem inny sposób.

Przychodząc z dzieckiem na zajęcia, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, po co to robię. Co chcę osiągnąć? Czy chcę zapewnić mojemu dziecku bogate środowisko muzyczne? Czy chcę, by rozwijało swoje kompetencje społeczne i emocjonalne? Czy chcę dać dziecku jego własną przestrzeń, w której samo może decydować o sobie? Czy chcę, by uczyło się muzyki, miało większą łatwość w uczeniu się języków? A może rozwijało koordynację ruchową? Żadna z odpowiedzi nie będzie zła lub dobra. Jednak w zależności od naszych oczekiwań i celów, będziemy mogli wybrać najlepsze dla nas zajęcia. Oczywiście na każdych zajęciach umuzykalniających, każda z tych rzeczy się zadzieje, jednak w różnym stopniu, w zależności od metody właśnie.

Czy to źle, że tamta mama zadała mi pytanie o metodę? Nie, to bardzo dobrze. Myślę, że każdy prowadzący zajęcia stawia sobie inny cel, podobnie jak rodzice, decydujący się na uczestnictwo w nich. Dla jednych będą to wspomniane wyżej kompetencje społeczne i emocjonalne, budowanie więzi, dla drugich nauka muzyki sama w sobie, dla jeszcze innych wspieranie rozwoju językowego. I wszystkie te cele są w porządku.

Pewnie już się domyślacie, jakie cele są dla mnie ważne, biorąc pod uwagę, jak często pojawiły się w tym tekście. Jako nieformalna nauczycielka, uważam, że muzyka jest właśnie narzędziem do budowania więzi między rodzicem a dzieckiem, rozwoju kompetencji społecznych i emocjonalnych wszystkich uczestników zajęć. Kluczowe jest dla mnie zaangażowanie rodzica w muzykowanie. Jest to proces, w którym chcę jedynie towarzyszyć, dawać propozycje, stwarzać możliwość. Nie wydaję poleceń, nie trzymam się sztywno planu. Chcę być otwarta na uczestników, wykorzystywać to, co akurat sami podsuwają.

Nie jestem też zwolenniczą wyznawania jedynej słusznej metody. Sądzę, że bardzo zawęża to spektrum rozumienia i daje mniej możliwości do wykorzystania. Dlatego moje zajęcia nie są gordonkami, rytmiką czy logorytmiką. Na moich zajęciach znajdziecie wszystkiego po trochu. Odrobinę Gordona, Dalcrose’a, odrobinę Pomelody i języka angielskiego, odbrobinę logorytmiki i improwizacji. A co najważniejsze, mam nadzieję, że znajdziecie poczucie wspólnoty i przynależności, ukojenia i otwartości na Wasze dzieci, narzędzie do budowania z nimi więzi i bliskości. Na tym zależy mi najbardziej.