Książki z czerwca 2021

Czerwiec był literacko różnorodny. Różni autorzy i autorki, różne czasy, różne tematy. I dobrze! To właśnie kocham w książkach. Każda to oddzielny świat, który w każdej chwili można opuścić. A najbardziej lubię takie, o których myślę cały dzień i nie mogę się doczekać dalszego czytania ♥

Zapraszam zatem: cztery tytuły, dwie autorki, dwóch autorów i moje krótkie podsumowania.

“Bieguni”, Olga Tokarczuk

Z tą książką spędziłam najwięcej czasu. Nie była łatwa. Była to lektura wymagająca wysiłku intelektualnego, ale ten zdecydowanie się opłacił.

“Bieguni” nie są nową książką. Została wydana w 2007 roku a już w kolejnym otrzymywała nagrody. Czemu oczywiście się nie dziwię. Jest to literatura wysokich lotów, doskonała pod względem językowym oraz formy i treści. Czy mogłoby być inczej, gdy autorką jest noblistka?

“Bieguni” to opowieść o podróży. Nie tylko fizycznej, związanej z przemieszczaniem się, ale też do własnego wnętrza. Olga Tokarczuk zabiera czytelniczki i czytelników w wędrówkę po świecie, w podróż w czasie i przestrzeni i w końcu w najbardziej fascynującą ze wszystkich, podróż do wnętrza człowieka. Nie tylko metaforycznie. Jednym z leitmotywów powieści jest historia anatomii i patologii. Wspaniały, intrygujący i pouczający wątek.

Pod względem formalnym, według mnie, książka ta przypomina warkocz. Przeplatają się tam ze sobą wątki, osoby i miejsca, narracja pierwszoosobowa i trzecioosobowa, postaci fikcyjne i realne. Dla mnie właśnie ta forma była największym wyzwaniem, bo przez dużą część książki nie potrafiłam się w niej odnaleźć. Tak naprawdę, nabrała kształtu dopiero na sam koniec.

Według mnie, na tym polega wyjątkowość książek Tokarczuk. Autorka niczego nie podaje na tacy, porusza niezwykle dużo wątków, jednak robi to w sposób subtelny, praktycznie niezauważalny. Do tego wzrusza mnie plastyczność języka. To chyba właśnie największa przyjemność: obcowanie ze słowem, które stało się tworzywem artysty.

“Bieguni” to opowieść o podróżach. Sam tytuł wziął się od nazwy prawosławnego odłamu, w którym to zło zwalczało się poprzez ruch. Książki Olgi Tokarczuk są całością. Od tytułu, przez okładkę, po ostatnie słowo. W nich nic nie jest przypadkowe. Jeśli zastanawiacie się od jakiej książki zacząć czytać Tokarczuk, “Bieguni” są odpowiedzią.

zdjęcie okładki ze strony empik.com

“Człowiek w poszukiwaniu sensu”, Viktor Frankl

Jedna z ważniejszych książek, jakie do tej pory przeczytałam. Wyobrażałam sobie, że będzie to lektura bardzo trudna i obciążająca, a dla mnie wcale taka nie była.

“Człowiek w poszukiwaniu sensu” to opowieść o doświadczeniu życia w obozach koncentracyjnych samego Frankla. Autor opisuje je w eseju, który stanowi pierwszą część książki. Na tle innych tego typu publikacji, historia Frankla jest wyjątkowa. Jest pisana z perspektywy lekarza i psychologa. Znajdziemy tam więc opisy reakcji emocjonalnych, więzi społecznych, dylematów moralnych i motywacji do podejmowania decyzji. Odnoszą się one zarówno do więźniów, jak i do ss-manów. Zdumiewające, jak często pojawiają się tam emocje takie jak ulga, szczęście, radość, zachwyt.

Znajduję tu również wiele obserwacji i opisów podobnych do tych, o których można przeczytać w książkach “Czesałam ciepłe króliki” oraz “Zdażyć przed Panem Bogiem“.

W drugiej części Frankl opisuje stworzoną przez siebie metodę psychoterapii, nazywaną logoterapią. Jest to sposób pracy z pacjentem bazujący na jego zasobach i koncentrujący się na odnalezieniu sensu życia. Wynika to z doświadczeń wojennych Frankla, który zauważył, że to, co najbardziej pozbawia człowieka motywacji i chęci do życia, to właśnie utrata sensu. Uważał on, że jest to dużo większe zagrożenie niż czynniki zewnętrzne, na które często nie mamy wpływu.

“Człowiek w poszukiwaniu sensu” to wspaniała książka, otwierająca oczy i uwrażliwiająca na drugiego człowieka. To także wyjątkowe studium przypadków obserwowanych w zupełnie niecodziennych warunkach życia obozowego. Zdecydowanie polecam tę lekturę!

zdjęcie ze strony ceneo.pl

“Dziennik utraconej miłości”, Eric Emmanuel Schmidt

Po tę książkę sięgnęłam zaraz po “Człowieku w poszukiwaniu sensu” Frankla, w nadziei na coś lekkiego i przyjemnego. Na studiach bardzo lubiłam czytać Schmidta, do czasu, kiedy pewna znacząca dla mnie wtedy osoba, powiedziała, że to taka kobieca pisanina. (Nie muszę chyba dopowiadać, że to słowa mężczyzny.) Wtedy przestałam czytać tego autora. Jednak, kiedy teraz trafiłam na nowy tytuł, “Dziennik utraconej miłości”, postanowiłam, że go przeczytam.

Tak jak wspomniałam, miała to być lekka książka, przeczytana dla samej przyjemności czytania. Okazało się, że jest to dziennik… z żałoby po stracie rodzica. Juhu, super lekka książka, gratuluję wyboru.

W “Dzienniku utraconej miłości” Schmidt opisuje swoją drogę przez żałobę po śmierci matki. Towarzyszymy mu w ciągu dwuletniego zmagania się ze stratą i odkrywania w tym wszystkim siebie.

Schmidt opisuje relacje z mamą, z którą był bardzo zżyty. Obraz matki w tej książce jest bardzo wyidealizowany, autor opowiada o niej, jak o świętej. Było to dla mnie rażące o tyle, że nie istnieją ludzie idealni. Matki również. Dowiadujemy się też, jak ta pierwsza relacja z matką wpływa na inne jego relacje, decyzje i wybory życiowe.

Tym, co było dla mnie jednak dużo ciekawsze, była relacja z ojcem, zupełnie inna, niż ta z matką, oraz to, jak zmieniła się ona w toku całej historii. Okazało się bowiem, że na kształt tej relacji wpływały wyobrażenia, przekonania i subiektywne odczucia syna, które nie do końca odpowiadały rzeczywistości. Ta przemiana była bardzo ciekawa.

W “Dzienniku utraconej miłości” czytelnik towarzyszy bohaterowi w procesie żałoby. Może więc prześledzić wszystkie jej fazy. To również bardzo ciekawe, bo poznajeemy żałobę nie z perspektywy naukowego opisu, czy klasyfikacji, ale obserwujemy ją na żywym organiźnie.

Nie była to najlżejsza książka, jaką czytałam, ale w ostatecznym rozrachunku, nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Bardzo podoba mi się też okładka. Grafika i kolory są bardzo moje i nie będę ukrywać, że okładka również zachęciła mnie do przeczytania “Dziennika utraconej miłości”.

zdjęcie ze strony empik.com

“Seksuolożki”, Marta Szarejko

Na koniec, coś zupełnie innego pod względem tematyki, formy, języka. “Seksuolożki” Marty Szarejko to tytuł, po który dawno chciałam sięgnąć. Tak bardzo się cieszę, że w końcu to zrobiłam!

Marta Szarejko w książce “Seksuolożki” zebrała rozmowy z psychoterapeutkami, lekarkami, seksuolożkami na temat kobiecej seksualności. Rozmówczynie opowiadają o niej z persepktywy doświadczenia pracy w gabinecie terapeutycznym. Mówią, z czym kobiety najczęściej zgłaszają się do seksuologa, kiedy, jakie są ich motywacje, jak wygląda praca z nimi.

Spektrum tematów jest bardzo szerokie. Zaczynamy od rozmowy o ciele, o jego postrzeganiu, akceptacji i jej braku. Dla mnie był to jeden z ważniejszych rozdziałów. Dalej czytamy o kobietach wykluczanych, o problemach seksualnych nastolatek, o doświadczaniu przyjemności, o ciąży i porodzie, zdradzie, lesbijkach, o seksualności kobiet z niepełnosprawnością intelektualną oraz kobiet dojrzałych, w końcu o kobietach uwikłanych w przemoc i pedofilkach.

Najważniejsze dla mnie rozmowy, oprócz wspomnianej wcześniej rozmowy o ciele, to te o wykluczeniu i seksualności kobiet z niepełnosprawnością intelektualną i związanymi z nią trudnościami, dylematami, możliwościami i ograniczneniami. Dla osób, których ta sprawa w ogóle nie dotyczy, może być to pierwszy kontakt ze złożonością problemu, a być może w ogóle zetknięcia się z tym, że osoby niepełnosprawne ineletktualnie, a także fizycznie, mają życie seksualne.

Jest również wywiad, który bardzo mnie poruszył, jednak nie pozytywnie. Mowa o rozmowie o ciąży i porodzie. Nie podobał mi się język, w jakim lekarka opowiadała, szczególnie o samym porodzie i uczestniczeniu w nim ojca dziecka. Odebrałam to tak, jakby w porodzie najważniejsza była praca lekarza, a nie komfort rodzącej, czy chęć zaangażowania partnera. Bo niektórzy ojcowie naprawdę chcą być przy nardzodzinach swojego dziecka. Rozmówczyni powołuje się w tym aspekcie również na aspekt kulturowy mówiąc, że zawsze i wszędzie poród był i jest sprawą kobiet, a mężczyźni nie mają do niego dostępu. Nie jest to prawda. Są społeczności, w których poród jest sprawą pary, ojca i matki, i to ojciec odbiera poród. Nie podobała mi się również krytyka porodów domowych i zachęcania rodzących do słuchania swojego ciała i intuicji. Jako kobieta mająca na swoim koncie doświadczeń również poród, kompletnie się z tą krytyką nie zgadzam.

Tym, co przewija się przez całą książkę i wszytkie rozmowy jest potrzeba edukacji seksualnej, zdobywania wiedzy na temat swojego ciała, budowy narządów płciowych i ROZMOWY na tematy seksu i seksualności. Przede wszystkim z partnerem/partnerką, ale również z koleżankami, przyjaciółkami, terapeutkami. Także z dziećmi (ośmielę się to napisać!), ponieważ to właśnie wiedza i znajomość swoich potrzeb i granic, jest dla nich najlepszą obroną przed nadużyciami i wykorzystywaniem seksualnym. Oczywiście, i chcę to bardzo mocno podkreślić, rozmowę z dzieckiem dostosowujemy do jego potrzeb i wieku! Często wystarczy odpowiedzieć w prosty sposób na zadane przez dziecko pytanie i jeśli nie drąży tematu, nie zagłębiać się w szczegóły.

Chcę również wspomnieć o kobietach, które udzieliły wywiadów Marcie Szarejko, ponieważ zrobiły coś bardzo ważnego, dzieląc się swoją wiedzą i doświadczeniem z osobami spoza grona naukowego. Możemy więc przeczytać rozmowy z Izabelą Jąderek, Alicją Długołęcką, Aleksandrą Józefowską, Agatą Loewe, Izabelą Dziugieł, Katarzyną Klimko-Damską, Martą Dorą, Katarzyną Bajszczak, Moniką Łukasiewicz, Katarzyną Waszyńską, Izabelą Fornalik, Beatą Wróbel, Marią Beisert i Martą Niedźwiecką, którą absolutnie uwielbiam i której podcast “O zmierzchubardzo szczerze polecam.

“Seksuolożki” mają jeszcze drugą część (“Seksuolożki 2”), do której z całą pewnością sięgnę, bo są to książki niezwykle wartościowe i bardzo ważne dla kobiet.

zdjęcie ze strony empik.com

I na tym kończymy książkowe podsumowanie czerwca 🙂

Jeśli lubicie moje posty o książkach, konieczniej dajcie mi znać na instagramie lub facebooku! Będzie mi również bardzo miło, jeżeli podacie ten post dalej 😉

A jeśli czytaliście/łyście już którąś z nich, chętnie poznam Wasze zdanie na ich temat. W końcu każdy może mieć inne wrażenia i to w rozmowach o książkach kocham najbardziej ♥

Książki z maja 2021 cz. 2

Mój maj, pod względem czytelniczym, obfitował w same wspaniałości. Miałam przyjemność spędzić czas z literaturą piękną i popularnonaukową. Ta pierwsza dostarczyła mi wielu wzruszeń i radości obcowania z literaturą. Ta druga przyniosła dużo wiedzy.

Jeśli jesteś ciekaw_ szczegółów – wskakuj dalej! 🙂

Wpis powstał we współpracy z czytam.pl

Dziewczyna, kobieta, inna

Bernardine Evaristo, wyd. Wydawnictwo Poznańskie

Wielka Brytania. Kraj wolności, dobrobytu, równości. Każdy może być tu kim chce i spełnić każde swoje marzenie. Czyżby?

W “Dziewczynie, kobiecie, innej” czytamy o kobietach żyjących w Wielkiej Brytanii. Ale nie są to kobiety bogate, uprzywilejowane, białe. Poznajemy imigrantki, ich dzieci, przyjaciółki, partnerki. Tytuł każdego rozdziału to imię jednej bohaterki. Nie są to jednak kobiety zawieszone w próżni. Ich losy przeplatają się lub stykają ze sobą w różnych momentach ich życia.

Bernardine Evaristo podnosi w swojej powieści dużo aktualnych tematów: feminizm, prawa społeczności LGBTQ+, w tym również osób trans i niebinarnych, problem rasizmu czy klasizmu. Książka uwrażliwia na wszystkie te kwestie. Otwiera również głowę na perspektywę innych ludzi.

Zarówno tematyka książki, jak i język, w jakim jest napisana, jest niezwykle inkluzywny. Dla mnie, osoby na co dzień nie mierzącej się z takimi problemami, to ważna lekcja pokory.

“Dziewczyna, kobieta, inna” to bardzo ważna książka, podejmująca istotne społecznie wątki. Choć napisana jest przez kobietę i dotyczy kobiet, jestem przekonana, że mężczyźni również mogą z niej wiele zaczerpnąć dla siebie.

Powinnyśmy celebrować to, że o wiele więcej kobiet dzisiaj rekonfiguruje feminizm, a ruchy oddolne rozprzestrzeniają się z prędkością światła, miliony kobiet się budzą i uświadamiają sobie, że mogą przejmować władzę nad światem, że są jednostkami z pełnią barw.

“Dziewczyna, kobieta, inna” Bernardine Evaristo

“W głowie się poprzewracało”

Hania Sywula, wyd. Altenberg

Tę książkę zażyczyłam sobie na urodziny. Bo czy można zrobić sobie lepszy prezent, niż zadbanie o swoją głowę?

Ta książka to wyjątkowa pozycja na polskim rynku wydawniczym. Napisana przez Youtuberkę i studentkę psychologii, Hanię Es, jest podręcznikiem psychoedukacji. Ileż tam jest wiedzy! Podanej w lekkiej, przystępnej i zrozumiałej formie, która nie wprawia czytelnika_czki w zakłopotanie z powodu swojej niewiedzy, ale powoduje zaciekawienie tematem. Warto dodać, że jest to aktualna wiedza psychologiczna.

Każdy rozdział zawiera krótki felieton, w którym Hania dzieli się swoim doświadczeniem choroby i zdrowienia. Później następuje część merytoryczna, gdzie dowiadujemy się o różnych teoriach psychologicznych, eksperymentach i mechanizmach dziejących się w naszych głowach. Ta część kończy się krótkim podsumowaniem najważniejszych treści. Ostatnia (i według mnie, najbardziej wartościowa) część to ćwiczenia. Są one doskonałym materiałem do pracy własnej ale też trapeutycznej. Bez trudu jestem w stanie wyobrazić sobie, że terapeuta korzysta z tej książki. Ach, no i jeszcze smaczek. Bibliografia podzielona i spisana rozdziałami. Dla mnie miód ♥ Lubię mieć ustystematyzowane i poukładane rzeczy, ale w porządki jestem słaba. Więc jeśli ktoś poda mi na tacy przygotowane i opracowane rzeczy, a ja mogę po nie sięgnąć kiedy chcę i potrzebuję, bo wiem, że tam są – jestem szczęśliwa 😉

Czytelnik_czka może odnaleźć w tej pozycji dużo wsparcia i poczucia “nie tylko ja tak mam”. Porusza, wzrusza, ale też bywa zabawna. Hania wplatała sporo anegdotek popkulturowych. Mnie śmieszy 😀

To także dobra baza do dalszego zdobywania wiedzy. Może też być impulsem do wybrania się na psychoterapię.

Bardzo się cieszę, że ta książka została wydana. Jest bardzo ważna i potrzebna, bo w społeczeństwie temat zdrowia psychicznego wciąż jest bagatelizowany. A to źle. Wnoszę o wprowadzenie “W głowie się poprzewracało” do kanonu lektur.

#LOVE jak kochać w XXI wieku

dr Olga Kamińska, wyd. Znak

Ta książka jest typowym przykładem tego, że nie należy oceniać po okładce 😉 Nie moja estetyka. Obejrzałam ją sobie dokładnie z każdej strony, sprawdziłam, kim jest autorka (doktorką psychologii i wykładowczynią na SWPS) i pomyślałam, że skoro napisała ją badaczka z SWPS, to nie może być zła.

youtube.com

Nie pomyliłam się. Ten poradnik o związkach obejmuje szeroki zakres tematyczny. Podobnie jak w przypadku wcześniejszej książki, tak i tu mamy do czynienia z aktualną wiedzą psychologiczną, popartą mnóstwem badań i eksperymentów. Nie znajdziemy tu jednak tylko psychologii. Miłość i jej postrzeganie są uwarunkowane wieloma czynnikami. Mamy tu więc perspektywę historyczną, etnologiczną, antropologiczną, biologiczną, neurologiczną, socjologiczną, kulturową.

Po każdym rozdziale autorka umieszcza biblioteczkę – zbiór tytułów filmów i książek, do których warto sięgnąć w poruszanym w rozdziale temacie. To znów kolejny prezent dla mnie ♥

Wiedza w “#LOVE” podana jest w sposób rzetelny, ale i przystępny. Nie przytłacza naukowym językiem.

Na szczególną uwagę zasługuje tutaj rozdział o stylach przywiązania. Ludzie złoci! To był najlepszy tekst jaki na ten temat czytałam. Obrazowo pokazuje w jaki sposób wytwarzają się style przywiązania odnosząc się do przeprowadzanego w tym temacie badania. Dalej autorka opisuje w jaki sposób osoby w danym stylu będą w dorosłości wchodziły w relacje i jakie mogą mieć trudności. No i coś, przy czym w mojej głowie rozległy się famfary. Ludzie nie mają jednego tylko stylu przywiązania! Te style się mieszają, jeden może być dominujący, inny trochę utrudniać życie. Zawsze było to dla mnie niezrozumiałe, w jaki sposób można skategoryzować więzi międzyludzkie w trzech kategoriach, z czego tylko jedna jest właściwa. No i oto znalazłam satysfakcjonujące mnie wyjaśnienie. Dziękuję!

Jestem fanką ciekawostek. Niewiele z nich zapamiętuję na dłużej, ale z fascynacją oglądam wszystkie dokumenty Davida Attenborough. To samo czułam czytając tę pozycję. To książka-ciekawostka. O mózgu, mechanizmach działania, ewolucji. O ludziach w ogóle. Dowiedziałam się np. że Czyngis-chan jest ojcem 8% mężczyzn w 16 azjatyckich populacjach. Jak mi nie wierzycie, sprawdźcie sami!

Ponieważ jest to poradnik, znajdziemy w nim również praktyczne porady i wskazówki, jak budować stabilny i szczęśliwy związek. Nie są one, według mnie, narzucające się i zero-jedynkowe. Są pewną propozycją, z której można skorzystać.

Dodatkowym atutem jest to, że “#LOVE” bardzo szybko się czyta. Mi zajęło to dwa dni, a nie wygrałabym w konkursie szybkiego czytania. Mam na myśli, że czytam dość wolno.

“#LOVE” to książka dla ciekawskich. Dla tych, którzy chcą się czegoś dowiedzieć. Dużo ciekawego kontentu dla fanów mózgów, hormonów i ewolucji 😉 Kolejna ważna i potrzebna książka!

zdjęcie ze strony lubimyczytać.pl

Mam nadzieję, że moje krótkie recenzje tych tytułów były dla Was inspirujące. A może ktoś przekona się, że po któryś z nich warto sięgnąć.

Jeśli podobał Ci się mój wpis, prześlij go dalej! Włożyłam w niego dużo pracy i będzie mi bardzo miło, jeśli dotrze do szerszego grona odbiorców 🙂

Trzymajcie się zdrowo ♥

Cześć!

Książki z maja 2021 cz. 1 – dla dzieci

Cześć!

W ostatnim czasie na moim istagramie opublikowałam cykl z książkami dla dzieci. Dziś zbieram je wszystkie we wpis.

Jeśli jesteś ciekaw_a, zaprazam do lektury!

Wpis powstał we współpracy z księgarnią czytam.pl

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham, kiedy jest wiosna”.

Sam McBartney, il. Anita Jeram, wyd. Harper Collins

Czy widział_ś kiedyś dziecko zachwycające się światem? Oglądające w kucki biedronkę na środku chodnika, zbierające z wielkim zaangażowaniem patyki w lesie albo kolorowe liście? Właśnie o tym jest ta kiążka. O zachwycie i ciekawości świata.

“Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham, kiedy jest wiosna” to książeczka już dla najmłodszych dzieci. Powstała jako kontynuacja bestsellerowej książki “Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham” i jest częścią serii, w której bohaterowie oberwują świat przyrody o każdej porze roku.

Opowieść jest napisana prostym językiem. Jest też krótka, więc nie znudzi ani dziecka, ani rodzica 😉 Całość przepięknie zilustrowała Anita Jeram.

“Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham, kiedy jest wiosna” zachęca do odkrywania świata przyrody. To bardzo przyjemna, kojąca i wartościowa książeczka. Świetnie sprawdzi się jako lektura przed snem.

Poznańskie koziołki

Agnieszka Frączek, il. Magdalena Jakubowska, wyd. Mamania

Legendy miejskie, któż z nas ich nie zna? Czarowinice, smoki, magiczne przedmioty. A w Poznaniu… kozły.

“Poznańskie koziołki” to część serii “Legendy Polskie” wydawnictwa Mamania. Zabawna i rymowana opowieść to dobre wprowadzenie do świata legend, historii i podróży.

Książeczka jest niewielkich rozmiarów, wydrukowana na twardych kartach. Rymowana opowieść, to przyjemność słuchania a żywe ilustracje – przyjemność z oglądania.

“Legendy polskie” to bardzo fajny pomysł na zainteresowanie malucha historią.

Niedźwiedź, pianino, pies i skrzypce

Lichfield Davis, wyd. Zielona Sowa

Kontynuacja książki “Niedwiedź i pianino”. Poruszająca opowieść o sile muzyki i przyjaźni. Ale od początku.

“Niedźwiedź, pianino, pies i skrzypce” opowiada o muzyku Hektorze i jego psie imieniem Hugo. Pewnego dnia, mężczyzna odkłada swój instrument do szafy, zawiedziony przebiegiem swojej muzycznej kariery. Zrezygnowany, nie zwraca na nie uwagi, a w tym czasie Hugo próbuje swoich sił w grze na instrumencie.

To historia o marzeniach, muzyce, muzyku i prawdziwej przyjaźni. Wzrusza i inspiruje, dla mnie czytanie jej jest niezwykłą przyjemnością. Przekazuje dzieciom wartości, takie jak wytrwałość i przyjaźń oraz pokazuje, że popełnienie błędu nie skreśla relacji z inną osobą.

Przepiękne ilustracje, które są z jednej strony dość realistyczne, z drugiej, baśniowe, tworzą w książce wyjątkowy klimat. Są wielowymiarowe i za każdym razem można zwrócić uwagę na inne szczegóły. Bywają też zabawne, mam poczucie, że są to smaczki dla dorosłych, np. pojawiający się w pewnym momencie ochroniarze niedźwiedzie.

“Niedźwiedź, pianino, pies i skrzypce” to piękna i ponadczasowa opowieść, z której płynie ważna nauka:

Prawdziwa przyjaźń, tak jak prawdziwa muzyka, trwa wiecznie

“Mój tato tańczy. Dzikie wygibasy”

Marek Wierzbicki, Agnieszka malarczyk. wyd. Wie Żbik

Na koniec perełka. Książka absolutnie wspaniała. Moja córka dostała ją w prezencie, a to ja piszczałam z radości, kiedy ją zobaczyłam!

“Mój tato tańczy” to historia, w której odnajdzie się każde dziecko w wieku przedszkolnym. Nie taka koszulka, nie taki dzień, nie ta łyżka, nie ten kubek… Rodzice znają to aż za dobrze. A to właśnie przydaża się małej bohaterce, Luli.

Tematyka podjęta w tej książce również jest uniwersalna: trudne emocje, złość, poranny pośpiech. Ale co najważniejsze – podaje propozycję, jak sobie z tym stanem poradzić.

No i dla mnie absolutny hit: muzyka i taniec. Te dwa narzędzia zaprezentowane są jako skuteczna metoda w rozładowywaniu napięć emocjonalnych. To wspaniale, że wiedza o tym, zostaje przekazana w takiej formie. Ja również piałam o tym, jak rozładowywać emocje przy pomocy muzyki. Możecie przeczytać tu. Sposób na trude emocje w “Mój tato tańczy” to świetny przykład choreoterapii i muzykoterapii w pracy z uczuciami i ciałem.

Mimo poruszanego tematu dziecięcej złości, narracja jest spokojna. Kojący klimat uzupełniają też ilustracje utrzymane w pastelowych barwach. W ogóle tego typu grafika, mi osobiście bardzo odpowiada.

grafika ze strony mojtatotanczy.pl

Jest jeszcze jeden wyjątkowy element tej książki. Na samym końcu znajduje się poradnik w pięciu krokach “Jak wytańczyć złość?” Oprócz wartości literackiej, książka ma więc wartość psychoedukacyjną, nie tylko dla dzieci, ale też dla rodziców czy opiekunów. Bardzo mi się to podoba!

“Mój tato tańczy” to pozycja wartościowa i bardzo potrzebna na rynku książki dziecięcej. Uczy akceptacji emocji oraz pracy z nimi. Myślę, że doskonale sprawdzi się nie tylko w domu, ale też w placówkach opiekuńczo-wychowawczych czy terapeutycznych. Może mieć szerokie zastosowanie w pracy z dziećmi, ale też z osobami z niepełnosprawnością zahcęcając ich do ruchu i ucząc kontaktu ze swoim ciałem, w ramach terapii zajęciowej, arteterapii i treningów np. treningu wyrażania emocji.

Zdjęcie ze strony mojtatotanczy.pl

Jeśli podoba Ci się ten tekst, będzie mi bardzo miło, jeśli go udostępnisz i podasz dalej 🙂 Bardzo się nad nim napracowałam 😉

A już niedługo Czytelnicza majówka dla dorosłych!

Do ponownego przeczytania ♥

Co dają książki? Biblioterapia

Pewni znani Starsi Panowie śpiewali, że piosenka jest dobra na wszystkoI oczywiście mieli rację. O wpływie muzyki na emocje pisałam tu. Dziś jednak, myśląc o panaceum na bolączki wszelakie, myślę o książce.

Mając ostatnio dość trudny i stresujący czas, zastanawiałam się, co mogę zrobić, by sobie pomóc. Męczyć się nie lubię, więc ćwiczenia fizyczne odpadają. Zresztą, z pracy z maluchami wracam tak zmęczona fizycznie, że dokładanie sobie odniosłoby odwrotny skutek. A może nie? Malowanie, rysowanie, wyklejanie – potem mam bałagan, a bałagan mnie stresuje. Pomyślałam więc, co sprawia mi największą przyjemność, na co zawsze najbardziej czekam. Odpowiedź brzmiała: na moment wieczornej ciszy z książką.

Dlatego właśnie poświęcam codziennie, chociaż chwilę na przeczytanie rozdziału książki, inspirującego artykułu, wiersza czy opowiadania.

Czytanie pozwala mi oderwać się od codziennych problemów. Przenieść się w świat zupełnie inny niż mój. Poznać inną perspektywę, dowiedzieć się, jak żyją inni ludzie. Poczuć, że ktoś przeżywa coś podobnego, jak ja. Pobudzić szare komórki, czerpać przyjemność ze słów, tego, jak układają się w zdania, zdania w akapity.

Co jest dla mnie szczególnie ważne, jest to aktywność CICHA i SAMODZIELNA. Jestem introwertyczką. Kocham ciszę, mój wewnętrzny świat, najlepiej odpoczywam sama, w moim domu. Moja codzienna aktywność znacznie jednak od tego odbiega. Spędzam codziennie 8 godzin z grupą szalonych dwulatków. Po tym czasie odbieram moją osobistą dwulatkę i wracam z nią do domu. Życie introwertycznych rodziców nie jest proste. Dlatego ten czas bycia ze sobą jest mi potrzebny tak samo, jak obiad, porcja serotoniny w kapsułce czy ubranie się adekwatnie do pogody.

Mając też wiedzę z zakresu arteterapii, świadomie stosuję auto biblioterapię jako codzienny selfcare. Czytanie nie tylko jest formą zdobywania wiedzy. Posiada również szereg innych funkcji: kompensuje poczucie bezsensu, inspiruje do pewnych zachowań, pomaga rozwiązywać życiowe zadania, kształtuje umiejętności werbalne i estetyczne, uwrażliwia na doznania płynące z wewnątrz oraz z zewnątrz, kształtuje system wartości i cele życiowe, pozwala na przeżycie nieuświadomionych uczuć, daje możliwość odreagowania i w końcu – zapewnia rozrywkę.

Cieszy mnie również fakt, że zaczęłam oddzielać czytanie w celu zdobywania wiedzy i czytanie jako formę dbania o higienę psychiczną. Nie za bardzo bowiem relaksowała mnie wieczorna lektura poradnika o żywieniu dzieci, ale powieść, opowiadanie czy esej już tak.

Jestem ciekawa, jaką rolę w Waszym życiu odgrywają książki i czy lektura też Was odpręża, a może wręcz przeciwnie – nudzi Was i stresuje? 🙂

Do przeczytania w następnym wpisie!

Książki z marca 2021 cz. 1

Nowa seria wpisów reaktywująca nieco mojego bloga 😉 Recenzje książek, które wpadły mi w ręce w minionym miesiącu. Zaczynamy od marca!

W marcu 2021 przeczytałam w całości 3 książki i 2 w okolicach połowy. Są to oczywiście książki dla dorosłych. Ponieważ jestem mamą, na co dzień pracującą z dziećmi, chcę Wam również przedstawić aż 6 propozycji tytułów dziecięcych, które były zdecydowanymi faworytami ostatniego czasu.

Wpis postanowiłam podzielić na dwie części, ze względu na to, że 11 książek to całkiem sporo (ups…). W części pierwszej zapraszam więc do przeczytania o książkach dla dorosłych spoza tematyki parentingowej, w drugiej – książkach dla dzieci i rodziców.

Książki dla dorosłych

Książka o miłości“, wyd. Znak

“Książka o miłości” Małgorzaty Halber i Olgi Drendy, to książka, która (jak głosi jej podtytuł) bawiąc, uczy. To rozmowa dwóch dojrzałych kobiet o miłości, związkach i tym wszystkim, co ich dotyczy. O uważności na siebie i partnera/partnerkę, o tym, jak nie stracić siebie będąc w związku, na czym te związki są budowane i dlaczego umierają. O tym, czego każdy i każda z nas potrzebuje, o blaskach i cieniach życia we dwoje i solo. Słowem – o życiu i podstawowym pragnieniu kochania i bycia kochanym.

Dlaczego ta akurat rozmowa zapisana w postaci książki jest wyjątkowa? Bo to rozmowa elektroniczną. Autorki pisały ją w Google dosc a inspiracją do jej powstania były ich rozmowy na komunikatorach.

Nie jest to książka psychologiczna, choć myślę, że już psychoedukacyjna jak najbardziej. Znajduje się tam mnóstwo nawiązań do popkultury, memów, współczesnego internetowego języka. Jednocześnie jest to książka pełna treści, skłaniająca do refleksji, które robią rzeczy z czytelnikiem czy czytelniczką.

Myślę, że to, co warto wiedzieć sięgając po “Książkę o miłości” to to, że jest ona pisana z perspektywy białych, heteroseksualnych i monogamicznych kobiet, do czego też same autorki się przyznają. Poruszają oczywiście wątek związków jednopłciowych, jednak robią to z pokorą, uznając, że głos w tej sprawie należy oddać zainteresowanym, a nie wypowiadać się za nich lub za nie.

Od jednego Lucypera“, wyd. Wydawnictwo Literackie

O tej książce usłyszałam pierwszy raz od Anny Dziewit-Meller na jej Instagramie i pomyślałam, że może to być coś ciekawego. Później usłyszałam recenzję Joli Szymańskiej, nomen omen bardzo pozytywną, z której dowiedziałam się, o czym jest ta książka i pomyślałam, że to chyba nie dla mnie. Nie planowałam jej czytać. Aż pewnego dnia jedna z bliskich mi osób wcisnęła mi tę powieść w ręce i powiedziała “To jest tak dobre!” i tyle.

Zabrałam więc do domu “Od jednego Lucypera”. Zaczęłam czytać i… przepadłam. TO JEST TAK DOBRE, jest chyba najlepszą recenzją tej książki. To powieść, która cały czas we mnie rezonuje i myślę, że będzie to trwało jeszcze długo.

“Od jednego Lucypera” to historia pewnej rodziny. A tak naprawdę kobiet z tej rodziny. Nie jest to rodzina warszawska, czy krakowska. To prosta rodzina pochodząca ze Śląska. Krok po korku, poznajemy kobiety z każdego pokolenia: współczesną nam Kasię, jej mamę, babcię, jej siostrę i prababcię. Poznajemy rodzinne tajemnice, schematy nieświadomie przekazywane kolejnym pokoleniom, a wraz z nimi traumy. Dotykamy również tematu wykluczenia kobiet w czasie wojny i tuż po niej, zmian systemowych i rewolucji społecznej, która nie miała swojego źródła w samym polskim społeczeństwie, ale została narzucona z zewnątrz.

Ta powieść jest napisana pięknym językiem. Jej zdecydowanym wyróżnikiem jest wplecenie gwary śląskiej w wypowiedziach bohaterów. To bardzo ważna książka o dziedziczeniu traumy, poruszająca wątki społeczne, historyczne i polityczne. Książka o kobietach, napisana przez kobietę, jednak nie tylko dla kobiet.

Zdjęcie okładki ze strony lubimyczytac.pl

Ballada o lutniku“, wyd. Wydawnictwo Poznańskie

O tej książce myślałam, że jest nowością. Bardzo się zdziwiłam, kiedy dowiedziałam się, że pierwsze jej wydanie miało miejsce w 1987 roku.

“Ballada o lutniku” Wiktora Paskowa, to niewielka książka opowiadająca o chłopcu imieniem Wiktor i jego relacji z Georgiem Henigiem, starym lutnikiem. Akcja dzieje się w latach 60′ XX wieku w Bułgarii. Wiktor jest synem muzyka, siłą rzeczy i jemu rodzice planują taką samą ścieżkę.

Opowieść Wiktora jest jednak tylko częścią tej książki. Odgrywa się ona bowiem na tle zmian ustrojowych i społecznych w Bułgarii, państwie, które dopiero powstawało. Dotyka problemu biedy, wykluczenia, podziałów klasowych, a także życia, umierania i w końcu śmierci samej w sobie.

Jak pisze tłumaczka “Ballady o lutniku”, Mariola Mikołajczak, jest to książka wielowarstwowa, na którą składają się historia o przyjaźni małego chłopca i rzemieślnika, warstwa historyczna, będąca świadectwem tamtych czasów i w końcu warstwa filozoficzna.

Ballada o lutniku jest moralitetem, który jest wolny od moralizowania, powieścią historyczną bez opisu wielkich wydarzeń, trzyma w napięciu, choć nie jest książką sensacyjną, wzrusza, mimo że nie ma w niej romantyzmu”. (Mariola Mikołajczak, posłowie do Ballady o lutniku).

Fot. Anna Mitura

Szklany klosz“, wyd. Marginesy

“Szklany klosz” Sylvii Plath to książka, z której przeczytałam dokładnie 53% i nie wiem, czy jeszcze do niej wrócę.

Zdecydowałam się przeczytać tę książkę, ponieważ należy ona do kanonu literatury feministycznej. Jest to jednak powieść ciężka, przygnębiająca (może dlatego, że bohaterka choruje na depresję?), napisana dość specyficznym językiem, przypominającym język “Wielkiego Gatsby’ego”.

Akcja dzieje się w USA a bohaterką jest Esther, dziewczyna, dla której sensem życia jest nauka. Odbywając staż w Nowym Jorku, odkrywa jednak, że nie widzi dla siebie przyszłości a co więcej, nie zgadza się ze społecznymi wymaganiami i oczekiwaniami w stosunku do kobiet. Poznajemy jej rozterki, historie miłosne, w których była zwodzona i oszukiwana, a mimo tego, to jej partnerzy otrzymywali społeczne zrozumienie. W końcu Esther przechodzi załamanie nerwowe.

Dużym plusem tej powieści jest to, że jest ona pisana w pierwszej osobie. Nie patrzymy więc na bohaterkę z góry, nie oceniamy jej, lecz rozumiemy motywy jej postępowania, możemy się z nią utożsamić a w pewnym momencie wręcz odczuć, że to świat “oszalał”, a nie ona.

Być może dam “Szklanemu kloszowi” jeszcze jedną szansę, bo nie jest to zła książka, której nie warto czytać. Jednak na ten moment poczułam się nią bardzo zmęczona, a ponieważ wiem już, że jeśli się coś zaczęło, to nie trzeba tego kończyć 😉 to odkładam ją, do czasu, w którym będę miała na nią przestrzeń. Lub na zawsze 😉

Fot. Anna Mitura

Takie to książki przeczytałam w marcu 2021 roku. Może wybierzecie z nich coś dla siebie? A może dla kogoś innego? Ja w każdym razie wszystkie te książki (nawet “Szklany klosz”) polecam z czystym sumieniem.

Do przeczytania w drugiej części, w której słów kilka napiszę o książkach dla dzieci i rodziców 🙂

#polecANKA № 8

Wielu młodym ludziom, chłodzącym do szkoły, wrzesień kojarzy się z nowym poczatkiem. To skojarzenie pozostaje z nami na długo i pewnie stąd to poczucie, że wrzesień to taki mały styczeń. A może stąd, że kończy się lato a jesień nastraja bardziej melancholijnie, refleksyjnie co sprzyja planowaniu? W każdym razie, z tym poczuciem nowego początku, możemy się spotkać dzięki bohaterowi noweli Toccata C-dur Antoniego Libery.

Poznajemy go właśnie na początku września, przed pierwszą lekcją. Młodego ucznia klasy fortepianu, który wybiera repertuar na egzamin dyplomowy, mającego wyobrażenia na temat tego, jak będzie on wygladał. Pozbawia go ich profesor, który narzuca mu jeden z utworów i jest nim właśnie Toccata C-dur Schumana. Uczeń nie jest z tego wyboru zadowolony, a wręcz jest przerażony.

Czytając dalej, poznajemy tajniki pracy nad utworem: rozczytywanie, ćwiczenia techniczne, interpretację. Wokół toccaty snują się również rozterki chyba każdego maturzysty – co dalej? W jakim kierunku pójść? Co zrobić ze sobą, ze swoim życiem? A przy tym praca, ciężka praca. Słuchanie utworu w wykonaniu wirtuoza, próby odnalezienia jego stylu. Szukanie znaczenia dzieła w biografii twórcy. I ćwiczenie, ćwiczenie, ćwiczenie.

Libera przeprowadza czytelnika przez ostatni rok szkoły muzycznej. Pokazuje, jak z każdym miesiącem narasta napięcie przed “sądem ostatecznym”. Jak każdy robi, ile w jego mocy, by wypaść jak najlepiej. Jak przebiegają lekcje, jak uczniowie czerpią od siebie nawzajem. Ale czy tylko pozytywne rzeczy?

Fot. Anna Mitura

Dla mnie, w tej noweli, najbardziej poruszający jest jej finał, gdzie ci sami uczniowie, stojący pod salą koncertową i czekający na egzamin, jakby to od niego miały zależeć losy całego świata, spotykają się na zjeździe absolwentów po kilkudziesięciu latach. Widzimy, jak bardzo inne są dla nich priorytety, jak bardzo różne jest pojęcie sukcesu. Jak bardzo młodzieńcze marzenia o spełnionym życiu, nie przystają do rzeczywistości.

Toccata C-dur to opowieść o muzykach i muzyce, nie tylko dla osób związanych z tym światem, choć w nich na pewno poruszy struny wspomnień. To piękna “przygoda, nie historia” pokazująca, jak wygląda praca nad utworem, czym on tak właściwie jest, z czego się składa i jak wiele elementów buduje jego interpretację i jak zmienia się ona, w zależności od wykonawcy a także momentu w życiu. Widzę tam też, jak znaczące mogą być, z pozoru zwykle chwile, jak lekcja fortepianu, które odciskają ślad na całym późniejszym życiu.

Toccata jest elementem zbioru Niech się panu darzy. Pozostałe dwie, to tytułowa Niech się panu darzy i Widok z góry i z dołu.

” (…) Trzy nowele, które łączą w sobie pierwiastki sensacji, tajemnicy i melancholii, tworzą jednorodny tryptyk. Trzy ludzkie losy, trzy elektryzujące historie, dla których wspólna jest zagadka Czasu, Przypadku i Przeznaczenia”.

cytat Pochodzi z opisu okładkowego
Toccata C-dur, Op. 7, Schumana, wyk: Światosław Richter