#polecANKA № 12

Coś dziwnego wisi w powietrzu, mamo moja kochana” śpiewa Micromusic. I trzeba przyznać, że tak jest. Nie mam na celu określania się w tym miejscu z moi stanowiskiem w sprawach społecznych, bo chcę, by każdy bez względu na przekonania, wyznanie, wiek, stan cywilny, płeć czy orientację seksualną, mógł znaleźć u mnie coś, co zabierze do siebie i będzie mu pomagało w trudnych chwilach. A takie niewątpliwie przeżywamy.

Kiedy myślałam, co mogłabym Wam dziś zaproponować, przypomniałam sobie, że na ostatnich zajęciach z planowania terapii, kolega wspomniał Pollocka. A w przeżywaniu i porządkowaniu emocji i stanów, ekspresja jest doskonałym narzędziem.

Chcę Wam więc dziś przedstawić ćwiczenie oparte na malarstwie gestu. Czym ono jest? Inaczej nazywane action painting, malarstwo gestu zakłada spontaniczny, intuicyjny a nawet agresywny sposób malowania, który płynie z gestu i ciała. Co to oznacza? Malując, wyrażamy się nie tylko poprzez dzieło, kolory, perspektywę, rozplanowanie przestrzeni, ale też przez nasze ciało. Gesty mogą być łagodne, delikatne, ale też intensywne, agresywne, powolne lub szybkie. W malarstwie gestu najważniejszy jest proces tworzenia, bo w nim zachodzą procesy uwalniające i pozwalające na przeżycie swoich emocji i rozładowanie powstałych napięć.

Zatem, co będzie nam potrzebne?

  • przestrzeń, najlepiej zabezpieczona przed zabrudzeniem lub taka, gdzie zabrudzenie nam nie będzie przeszkadzało
  • arkusz papieru (a może kawałek ściany?)
  • farby
  • pędzel
  • woda
  • czas na spokojne przeżycie procesu tworzenia

Kolory mają znaczenie. Przez nie możemy wpływać na swoje samopoczucie lub je wyrażać. Dziś skupimy się na tym drugim.

Przygotowałam dla Was zestaw kolorów, z których możecie skorzystać, ale oczywiście, jeśli tylko macie ochotę, stwórzcie własny!

  • żółty – radość, szczęście
  • czerwony – siła, gniew
  • niebieski – smutek, żal
  • zielony – spokój, nadzieja
  • czarny – strach

Pomyśl, jak się czujesz. Od którego koloru chcesz zacząć? Namocz pędzel w wodzie, nabierz farby i strzepnij z pędzla na papier. Postaraj się, aby wykonywany gest był adekwatny do emocji, którą chcesz wyrazić oraz jej intenywności. Np. wyrażając gniew, nie bój się mocnych, intensywnych, agresywnych gestów. Chodzi o wyrażenie gniewu, a więc wręcz o zmęczenie się fizyczne.

fot. Anna Mitura

Nie myśl, czy to, co powstanie będzie ładne. Nie musi być. Maluj wsłuchując się w swoje ciało, w konkretną emocję. Możesz chcieć wyrazić ich kilka, a możesz chcieć skupić się na jednej. Maluj tak długo, aż poczujesz, że napięcie opadło. Daj sobie czas. Pobądź z tą emocją. Nie oceniaj jej, popatrz na jej wyraz na papierze. A na koniec, zrób z nim, co chcesz. Zniszcz i wyrzuć. Powieś na ścianie. Schowaj, by móc do tego wrócić. To zależy od Ciebie.

Do tej aktywności możecie również zaangażować dzieci. Młodsze mogą malować rękami (to jest dopiero malarstwo gestu!), starsze mogą próbować chlapać na papier. Starajcie się jednak zbytnio nie ingerować w proces twórczy dziecka (jeśli nie jest dla niego niebezpieczny, czyli np. nie zjada farb), twórzcie swobodnie, obok siebie lub razem. Ze starszym dzieckiem można później porozmawiać o użytych kolorach, sposobach malowania. WAŻNE: bez oceniania i wartościowania!

Na koniec zobaczcie jeden z obrazów Pollocka.

Przyjemnej ekspresji!

źródło: pinterest.com

#polecANKA № 11

Żyjemy w dziwnych czasach. Bardzo łatwo zakopać się w czarnych myślach, stres spina całe nasze ciała, zabiera nam spokojny sen. Martwimy się o siebie, o bliskich, o pracę. Często niestety jest też tak, że nie mamy z kim podzielić się tymi wszytkimi obawami.

Nie jestem psycholożką ani psychoterapeutką. Jednak przygotowuję się do zawodu arteterapeutki i terapeutki zajęciowej, czyli osoby, która wspiera ludzi w trudnych sytuacjach życiowych. Jednym z moich celów, jest wspieranie Was w utrzymywaniu higieny i dobrostanu psychicznego, bo czuję, że jest to temat zaniedbany, a bardzo nam wszystkim potrzebny.

Dziś mam dla Was pomysł raczej długofalowy. Chciałabym go przedstawić w dwóch wersjach: samodzielnej i rodzinnej, bo jest to coś, co możemy zrobić zarówno dla siebie samych, jak i wspólnie z naszą rodziną.

Proponuję Wam dziennik wdzięczności. Brzmi banalnie? Pewnie tak. Ale chciałabym, żebyście teraz przez chwilę pomyśleli, na co zwracacie uwagę w ciągu dnia. Najpierw sami. Czy doceniacie, że możecie wyjść na spacer, poczytać dla przyjemności, uczyć się, wypić ciepłą kawę? Czy raczej skupiacie się na zmęczeniu, pośpiechu, tym, że jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a znowu stoicie w korku?

A teraz w rodzinie. Czy zauważacie, że Wasz partner/partnerka zrobił/zrobiła zakupy, czy doceniacie wspólne czytanie czy budowanie z klocków z dzieckiem? Czy raczej widzicie to, że naczynia znów nie umyte, pranie nie wstawione, kredki znów rozsypane i kolejna afera o nie ten kolor skarpetek?

W praktyce wdzięczności chodzi o to, by odwócić perspektywę. Nie o wypieranie trudnych spraw, czy sytuacji, nie o oszukiwanie się, że wszystko jest ok, kiedy nie jest. Ale o to, by nawet w cholernie trudnym dniu czy sytuacji dostrzegać te pozytywy, którym najczęściej nie poświęcamy uwagi w ogóle lub uważamy je za oczywiste.

Różne są sposoby na praktykowanie wdzięczności. Słoik z małymi karteczkami, pamiętnik, modlitwa, notatki w telefonie. Ja chcę Wam pokazać dziennik wdzięczności, ale w nieco innej formie.

Tradycyjny dziennik to słowa. Piszemy, opiujemy, porządkujemy, relacjonujemy. Ale możemy również rysować, malować, wyklejać. Takie aktywności bardziej sprzyjają uważności, bo częściej trwają dłużej niż pisanie ale też pozwalają wyrazić to, czego często nie potrafimy oddać słowami, a możemy wyrazić kolorami, kreską, techniką. Nie musimy umieć tego nazywać, ale będzie to dla nas pozytywne wrażenie, odczucie, które odczujemy, gdy do tego np. rysunku, wrócimy.

Jak to zrobić?

Możesz założyć zeszyt lub notatnki, w którym codziennie będziesz zostawiać ślad po sprawach, które danego dnia były dla Ciebie ważne, za które czujesz wdzięczność. Mogą to być rysunki, symbole, abstrakcje, do których użyjesz określonych kolorów. Wklejony bilet do kina, paragon za prezent dla samego/samej siebie. Zdjęcie ze spotkania z kimś ważnym, jedno słowo napisane kolorem, który oddaje wywoływane przez nie uczucie albo wrażenie.

A jak to zrobić z dzieckiem?

Tu również możecie prowadzić zeszyt, albo założyć teczkę, do której będziecie wkładać Wasze wspólne prace. Mam poczucie, że dużo czasu poświęcamy rozmowom z dziećmi o tych trudnych emocjach jak złość, zazdrość, smutek i temu, jak sobie z nimi radzić, a mało uwagi dajemy radości, dumie, wdzięczności, przyjemności, którą sprawia nam dana chwila. Kiedy usiądziemy z dzieckiem nad kartką i będziemy rysować to, co danego dnia było dla nas miłe, pokażemy mu, że w życiu nie uważamy tylko na to, co trudne, ale też to, co przyjemne. I tutaj w zasadzie wszystko zależy od Waszej inwencji, wieku dziecka, tego, co akurat macie pod ręką. Możecie rysować, wyklejać plasteliną, bibułą, malować farbami, przyklejać liście zebrane na wspólnym spacerze. Może to być narysowana jakaś sytuacja, symbol, przedmiot. Dla dzieci jest to też dużo łatwiejsze niż pisanie, bo po pierwsze, przez całkiem sporo lat nie potrafią tego robić. Po drugie, daje im możliwość wyrażenia siebie i samodzielnego działania. Bo oczywiście, możemy wspólnie pisać. Ale do pewnego momentu i w pewnym stopniu, odbiera to dziecku możliwość aktywnego współtworzenia dziennika.

A po co to wszystko robić?

Po pierwsze dlatego, że uczymy się dostrzegania pozytywów w naszym życiu, a to zmienia perspektywę jego przeżywania. Po drugie, dlajemy sobie przestrzeń na działanie twórcze, które relaksuje, wycisza układ nerwowy, pozwala być tu i teraz. Po trzecie, tworzymy sobie bazę pozytywnych wspomnień, swoich własnych lub rodzinnych, a to, w tym drugim przypadku, jest czynnikiem bardzo spajającym i tworzącym tożsamość grupy. I po czwarte – by w trudnych chwilach, móc sięgnąć do czegoś, co jest reprezentacją dobra w naszym życiu. A to najzwyczajniej w świecie nam pomaga. Dlaczego by więc nie zrobić tego dla samego/samej siebie? 😉

Tosia i las

Nadeszła jesień a wraz z nią długie popołudnia i wieczory. Siłą rzeczy, będziemy spędzać z naszymi dziećmi więcej czasu w domu. Dlatego mam dla Was propozycję: słuchowiska.

Wcześniej już pojawiła się Bajka o listku, dziś mam dla Was bajkę o Tosi i lesie. Podobnie jak poprzednia, tak i ta bajka inspirowana jest naturą. Są to bajki napisane w oparciu o relaksację autogenną Schultza, w której osoba uczestnicząca ma wyciszyć swój układ nerwowy poprzez poczucie ciężkości swojego ciała, ciepła, skupieniu się na oddechu i biciu serca. W pracy z dziećmi do tego celu wykorzystuje się właśnie bajki.

Tosia i las to bajka skupiająca się w dużej mierze na oddechu, dlatego chcę zaproponować Wam aktywność, która również ćwiczy oddech dziecka o dodatkowo jest bardzo przyjemną pracą plastyczną.

Przygotuj:

  • arkusz papieru, taki jaki masz
  • Marker/ołówek/długopis
  • Mocno rozwodnione farby w ulubionych kolorach
  • Słomkę

Wykonanie:

Na arkuszu papieru narysuj drzewo: pień i galezie. Nakładajcie z dzieckiem kolorowe plamy farby w koronie drzewa, a następnie rozprowadźcie je dmuchając przez słomkę.*

wykonanie i foto: Anna Mitura

Proste, prawda?

Jeśli spodobała Ci się moja propozycja na jesienne popołudnie z dzieckiem, będzie mi miło, jeśli udostępnisz ją u siebie 🙂

* inspiracja do pracy plastycznej pochodzi z książki Ani Weber Rok wychowania przez sztukę

#polecANKA № 5

Rozpoczynamy nowy polecANKOWY cykl. W tym miesiącu, zamiast piosenek czy utworów muzycznych, będę polecać Wam książki. Ale nie jakiekolwiek książki. Będą to książki o muzyce dla dzieci i dorosłych. No to jedziemy!

Na pierwszy ogień wybrałam coś dla dzieci – książeczki z serii Uwerturki Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. To proste historyjki, autorstwa Kaliny Cyz, o dźwiękach, instrumentach, muzycznych kolorach i kształtach. Zdobią je przepiękne ilustracje Jagody Charkiewicz. Dzieci poznają instrumenty z różnych rodzin. Dowiadują się, że muzykę można tworzyć tak samo, jak budowlę z klocków. Są dobrym wstępem do poznawania muzycznego świata.

fot. Anna Mitura

Uwerturki dedykowane są dzieciom powyżej drugiego roku życia, domyślam się, że że względu na treść i umiejętność skupienia uwagi. Jednak ja nie mam oporów w pokazywaniu ich młodszym dzieciom. Można opowiadać o tym, co przedstawiają ilustracje, słuchać utworów wykonywanych na danym instrumencie i oglądać go w książeczce. Jeśli chodzimy z dziećmi na zajęcia umuzykalniające czy do filharmonii, możemy w domu porozmawiać o instrumentach, które tam się pojawiły i wykorzystać do tego książeczkę. Możemy własnym głosem naśladować np. skrzypce czy trąbkę. Co tylko przyjdzie nam do głowy 🙂

fot. Anna Mitura

Pierwsze trzy książęczki z serii Uwerturki to:

Muzyka z patyka, czyli skąd się biorą dźwięki?

Koło, trójkąt i pięć linii, czyli jaki kształt ma muzyka?

Czarno na białym, czyli jaki kolor ma muzyka?

fot. Anna Mitura

Jak pomóc dziecku rozładować napięcia i dlaczego muzyką?

Trudne emocje dziecka. Kto z rodziców nie chciał przez nie wyskoczyć przez okno, niech pierwszy rzuci kamieniem. Tylko nie w dziecko! Oczywiście z przymrużeniem oka, jednak to, że nasze dzieci przeżywają wiele emocji i robią w to sposób intensywny, jest faktem.

W ciągu dnia w ciele zbierają się napięcia. I to jest całkowicie normalne. Spróbujcie sobie przypomnieć, czy choć raz wieczorem nie bolała Was głowa, albo plecy? Czy nie czuliście się tak, jakbyście mieli zaraz wybuchnąć? Czy nie miotaliście się z kąta w kąt nie wiedząc, co ze sobą zrobić? To właśnie nierozładowane napięcia, które powstają, gdy emocje nie są wyrażane i rozładowywane na bieżąco. A teraz wyobraźcie sobie, że tak samo mają nasze dzieci. Tylko gorzej.

My, dorośli, w ciągu życia zdobyliśmy wiele strategii na radzenie sobie z napięciem. Od klasycznego wyparcia i racjonalizacji, po bieganie czy imprezy w klubach. Nie oceniam tu, czy są to metody dobre, czy złe. Po prostu są. A nasze dzieci ich nie mają. Przeżywają emocje pierwszy raz w życiu, a czując je, całe są emocją. Kiedy przeżywają radość – biegają i piszczą na pół miasta. Kiedy czują złość – krzyczą, plują, rzucają się na ziemię. Kiedy się boją – zastygają (albo krzyczą).

Nie podam Wam tutaj sposobu na ugaszenie pożaru, kiedy się wydarza. Jest jednak sporo rzeczy, które możemy robić “na zimno” i które pomogą dziecku (i rodzicowi!) w regulowaniu emocji.

Po pierwsze: dotyk. Działa kojąco na nasz układ nerwowy, ponieważ przez docisk, stymulujemy neurony czuciowe w naszym ciele, a te dostymulowane – wyciszają się. Dodatkowo blikość powoduje produkcję oksytocyny, która nas relaksuje.

Po drugie: śmiech. Nie od dziś wiadomo, że śmiech to zdrowie. Kiedy się śmiejemy, nasz mózg wytwarza endorfiny i otrzymuje komunikat “możemy się wyluzować, jest bezpiecznie”.

Po trzecie: ruch. Podnosi tentno, przez co zaczynamy szybciej oddychać. Krew krąży szybciej, przenosi więcej tlenu, przez co nasz mózg jest lepiej ukrwiony i dotleniony. A dotleniony mózg, to szczęśliwsi my.

Po czwarte: spontaniczność. Wspiera poczucie samostanowienia i decyzyjności, co jest szczególnie ważne u dzieci, które na co dzień bardzo chcą decydować same, ale albo nie potrafią, albo nie mogą, bo ktoś decyduje za nie. A to bardzo frustruje.

Po piąte: przykład. Niebagatelną rolę pełnią tu neurony lustrzane. To one są odpowiedzialne za, tak zwane, “zaraźliwe ziewanie”. Uczestnicząc więc aktywnie i swobodnie w zabawie, dajemy naszemu dziecku przykład. Dzieci uczą się przez naśladowanie. Choć myślę, że swobody i spontaniczności w przeżywaniu siebie i świata, to my, dorośli, powinniśmy się uczyć od dzieci.

Połączmy teraz to wszystko i zobaczmy, co możemy zrobić i jak pomóc naszemu dziecku (i sobie!), żeby żyło nam się spokojniej.

Najbardziej chyba znanym sposobem na wykorzystanie terapeutycznej funkcji muzyki jest taniec. Ale nie taki ładny, wyuczony, z układem. Szalony, spontaniczny taniec do upadłego! W tańcu łączymy wszystkie wymienione wyżej elementy: dotyk, śmiech, ruch i spontaniczność. Dajemy też dziecku przykład, oczywiście jeśli sami jesteśmy zaangażowani i spontaniczni w wyrażaniu siebie przez taniec.

Kolejna metoda z wykorzystaniem muzyki, to swobodna improwizacja z użyciem instrumentów i głosu. Nie muszą być to jakieś super instrumenty i nie musi być ich wcale dużo. Jeśli mamy dostęp do gitary, pianina czy ukulele, możemy je również wykorzystać. Bierzemy instrumenty, siadamy z dzieckiem na podłodze i pozwalamy mu wybrać, to co samo chce. Jeśli potrafimy sobie na czymś zaakopmaniować – robimy to. Śpiewamy dobrze dziecku znaną piosenkę i do niej improwizujemy. To nic, że dziecko będzie stukać nie do rytmu. To nic, że będzie uderzało w cymbałki w ogóle bez sensu. To nic, że weźmie ukulele i będzie po porostu szarpało za struny, albo uderzało ręką w pudło rezonansowe. Dla nas to może być bez sensu (bo jesteśmy dorośli). Dla dziecka to proces tworzenia muzyki. Eksploracja możliwości swoich i instrumentów. Swobodna ekspresja, poczucie sprawczości, decyzyjności, realnego wpływu na otaczającą rzeczywistość. Czyli spontaniczność.

Jeszcze jedno – kołysanie. To chyba jedna z najczęściej wymienianych dziecięcych strategii na rozładowanie napięcia. Dzieci kołyszą się, kiedy uczą się raczkować, chodzić, przed zaśnięciem, przetaczają głowę z lewej na prawą stronę. Stymulują w ten sposób swoje czucie głębokie i zmysł równowagi. Warto więc wykorzystać tę naturalną metodę i kołysać dziecko do spokojnej, śpiewanej przez rodzica melodii (np. kołysanki). Można kołysać się razem z dziekiem np na huśtawce. Kołysanie można też włączyć w taniec. Wspólne spokojne kołysanie i śpiewanie jest bardzo przyjemnym elementem codziennej popołudniowej czy wieczornej rutyny.

I ostatnia rzecz – robienie min. Dla starszych dzieci, 4-6-latków, robienie min, przedrzeźnianie, pokazywanie języka, to również sposób na poradzenie sobie z silną emocją. Dlaczego nie wykorzystać tego w zabawie? Dla przykładu wrzucam tu piosenkę Pomelody Miss Polly. Śpiewamy ją bez słów na “nanana” lub “lalala” robiąc przy tym różne miny. Szczęśliwa mina – śpiewamy lekko i wesoło. Smutna mina – śpiewamy “na smutno”, powoli. Groźna mina – śpiewamy “groźnie”. Znudzona mina – śpiwamy powooooli, możemy przy tym ziewać.

Miss Polly · Pomelody

Na dzisiaj to tyle. Więcej konkretów znajdzie się w moim darmowym e-booku z muzycznymi zabawami. Będzie on dostępny dla osób zapisanych do newslettera, więc jeśli jeszcze nie jesteście zapisani to szyciutko TU!

Jeśli podoba Wam się to, co robię i tworzę dla Was, udostępniajcie i podawajcie dalej! Będzie mi bardzo miło.

Zapraszam też na mojego instagrama i facebooka.

Powodzenia i przyjemnej zabawy!

Ania

Przy pisaniu tego tekstu wspierałam się:

  • wiedzą z kursu Pomelody
  • książką Rozwój psychiczny dziecka od 0 do 10 lat Ilg, Betes Ames, Baker, wyd. GWP Sopot 2020
  • książką Arteterapie dla dzieci i młodzieży Stegmann, Hitzeler, Blotevogel, wyd. Harmonia Universitas, Gdańsk 2015
  • tekstu JAK POMÓC DZIECKU PORADZIĆ SOBIE Z NAPIĘCIEM I STRESEM? Zuzy Skrzyńskiej z bloga https://zuzaskrzynska.com/

Poznajmy się!

A więc usiadłam i tworzę.

Mam na imię Ania, jestem muzykolożką, skrzypaczką, mamą i postanowiłam, że pora coś z tym wszystkim zrobić.

W naszym domu podstawą funkcjonowania jest muzyka i muzykowanie. Towarzyszy nam praktycznie cały czas. Mój mąż jest “specjalistą” od rocka i radia generalnie, ja od przemycania wiedzy i edukacji muzycznej do życia naszej córki, by budować w niej świadomość, rozwijać potencjał i kształtować jej muzyczny gust. Czego słuchamy? Wszystkiego! (może poza disco-polo, bo tego akurat nie lubimy. Nie oceniam.) Tańczymy, gramy na instrumentach, improwizujemy, śpiewamy. Widzę, jak wiele daje to nam, jako rodzinie, ale chyba przede wszystkim – jak wiele daje to naszej córce, która mając niespełna dwa lata, śpiewa sobie swoje własne, wymyślane melodie, wystukuje rytmy, powtarza, tańczy i tak naprawdę, w tym momencie jest już dwujęzyczna. Absorbując język angielski z piosenek (i nie oszukujmy się – z Peppy), pewnego dnia po prostu zaczęła używać angielskich słówek. Jak to się stało? W mózgu, część odpowiadająca za muzykę (mówiąc prosto), jest również częścią odpowiadającą za język. Bo muzyka to język, w którym mówimy w bardzo specyficzny sposób. To język naszych emocji, ciała, poczucia bezpieczeństwa, przynależności.

Skoro więc muzykowanie ma tak wiele korzyści, dlaczego ograniczać się z tym tylko do moich czterech ścian? Postanowiłam podzielić się tym naszym muzycznym światkiem ze… światem.

Chcę stworzyć miejsce, w którym rodzice znajdą narzędzia i materiały do zabawy muzyką. By muzyka przestała być domeną sal koncertowych, by w prosty sposób znalazła miejsce w naszych domach.

Na czym chcę się opierać? Na wiedzy zdobytej na kursie Pomelody (http://pomelody.com), na studiach i w czasie mojej edukacji muzycznej, na metodzie Gordona oraz elemantach atreterapii, szczególnie muzykoterapii.

Na dziś to tyle.

Do usłyszenia!

Ania.