#polecANKA № 12

Coś dziwnego wisi w powietrzu, mamo moja kochana” śpiewa Micromusic. I trzeba przyznać, że tak jest. Nie mam na celu określania się w tym miejscu z moi stanowiskiem w sprawach społecznych, bo chcę, by każdy bez względu na przekonania, wyznanie, wiek, stan cywilny, płeć czy orientację seksualną, mógł znaleźć u mnie coś, co zabierze do siebie i będzie mu pomagało w trudnych chwilach. A takie niewątpliwie przeżywamy.

Kiedy myślałam, co mogłabym Wam dziś zaproponować, przypomniałam sobie, że na ostatnich zajęciach z planowania terapii, kolega wspomniał Pollocka. A w przeżywaniu i porządkowaniu emocji i stanów, ekspresja jest doskonałym narzędziem.

Chcę Wam więc dziś przedstawić ćwiczenie oparte na malarstwie gestu. Czym ono jest? Inaczej nazywane action painting, malarstwo gestu zakłada spontaniczny, intuicyjny a nawet agresywny sposób malowania, który płynie z gestu i ciała. Co to oznacza? Malując, wyrażamy się nie tylko poprzez dzieło, kolory, perspektywę, rozplanowanie przestrzeni, ale też przez nasze ciało. Gesty mogą być łagodne, delikatne, ale też intensywne, agresywne, powolne lub szybkie. W malarstwie gestu najważniejszy jest proces tworzenia, bo w nim zachodzą procesy uwalniające i pozwalające na przeżycie swoich emocji i rozładowanie powstałych napięć.

Zatem, co będzie nam potrzebne?

  • przestrzeń, najlepiej zabezpieczona przed zabrudzeniem lub taka, gdzie zabrudzenie nam nie będzie przeszkadzało
  • arkusz papieru (a może kawałek ściany?)
  • farby
  • pędzel
  • woda
  • czas na spokojne przeżycie procesu tworzenia

Kolory mają znaczenie. Przez nie możemy wpływać na swoje samopoczucie lub je wyrażać. Dziś skupimy się na tym drugim.

Przygotowałam dla Was zestaw kolorów, z których możecie skorzystać, ale oczywiście, jeśli tylko macie ochotę, stwórzcie własny!

  • żółty – radość, szczęście
  • czerwony – siła, gniew
  • niebieski – smutek, żal
  • zielony – spokój, nadzieja
  • czarny – strach

Pomyśl, jak się czujesz. Od którego koloru chcesz zacząć? Namocz pędzel w wodzie, nabierz farby i strzepnij z pędzla na papier. Postaraj się, aby wykonywany gest był adekwatny do emocji, którą chcesz wyrazić oraz jej intenywności. Np. wyrażając gniew, nie bój się mocnych, intensywnych, agresywnych gestów. Chodzi o wyrażenie gniewu, a więc wręcz o zmęczenie się fizyczne.

fot. Anna Mitura

Nie myśl, czy to, co powstanie będzie ładne. Nie musi być. Maluj wsłuchując się w swoje ciało, w konkretną emocję. Możesz chcieć wyrazić ich kilka, a możesz chcieć skupić się na jednej. Maluj tak długo, aż poczujesz, że napięcie opadło. Daj sobie czas. Pobądź z tą emocją. Nie oceniaj jej, popatrz na jej wyraz na papierze. A na koniec, zrób z nim, co chcesz. Zniszcz i wyrzuć. Powieś na ścianie. Schowaj, by móc do tego wrócić. To zależy od Ciebie.

Do tej aktywności możecie również zaangażować dzieci. Młodsze mogą malować rękami (to jest dopiero malarstwo gestu!), starsze mogą próbować chlapać na papier. Starajcie się jednak zbytnio nie ingerować w proces twórczy dziecka (jeśli nie jest dla niego niebezpieczny, czyli np. nie zjada farb), twórzcie swobodnie, obok siebie lub razem. Ze starszym dzieckiem można później porozmawiać o użytych kolorach, sposobach malowania. WAŻNE: bez oceniania i wartościowania!

Na koniec zobaczcie jeden z obrazów Pollocka.

Przyjemnej ekspresji!

źródło: pinterest.com

#polecANKA № 11

Żyjemy w dziwnych czasach. Bardzo łatwo zakopać się w czarnych myślach, stres spina całe nasze ciała, zabiera nam spokojny sen. Martwimy się o siebie, o bliskich, o pracę. Często niestety jest też tak, że nie mamy z kim podzielić się tymi wszytkimi obawami.

Nie jestem psycholożką ani psychoterapeutką. Jednak przygotowuję się do zawodu arteterapeutki i terapeutki zajęciowej, czyli osoby, która wspiera ludzi w trudnych sytuacjach życiowych. Jednym z moich celów, jest wspieranie Was w utrzymywaniu higieny i dobrostanu psychicznego, bo czuję, że jest to temat zaniedbany, a bardzo nam wszystkim potrzebny.

Dziś mam dla Was pomysł raczej długofalowy. Chciałabym go przedstawić w dwóch wersjach: samodzielnej i rodzinnej, bo jest to coś, co możemy zrobić zarówno dla siebie samych, jak i wspólnie z naszą rodziną.

Proponuję Wam dziennik wdzięczności. Brzmi banalnie? Pewnie tak. Ale chciałabym, żebyście teraz przez chwilę pomyśleli, na co zwracacie uwagę w ciągu dnia. Najpierw sami. Czy doceniacie, że możecie wyjść na spacer, poczytać dla przyjemności, uczyć się, wypić ciepłą kawę? Czy raczej skupiacie się na zmęczeniu, pośpiechu, tym, że jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a znowu stoicie w korku?

A teraz w rodzinie. Czy zauważacie, że Wasz partner/partnerka zrobił/zrobiła zakupy, czy doceniacie wspólne czytanie czy budowanie z klocków z dzieckiem? Czy raczej widzicie to, że naczynia znów nie umyte, pranie nie wstawione, kredki znów rozsypane i kolejna afera o nie ten kolor skarpetek?

W praktyce wdzięczności chodzi o to, by odwócić perspektywę. Nie o wypieranie trudnych spraw, czy sytuacji, nie o oszukiwanie się, że wszystko jest ok, kiedy nie jest. Ale o to, by nawet w cholernie trudnym dniu czy sytuacji dostrzegać te pozytywy, którym najczęściej nie poświęcamy uwagi w ogóle lub uważamy je za oczywiste.

Różne są sposoby na praktykowanie wdzięczności. Słoik z małymi karteczkami, pamiętnik, modlitwa, notatki w telefonie. Ja chcę Wam pokazać dziennik wdzięczności, ale w nieco innej formie.

Tradycyjny dziennik to słowa. Piszemy, opiujemy, porządkujemy, relacjonujemy. Ale możemy również rysować, malować, wyklejać. Takie aktywności bardziej sprzyjają uważności, bo częściej trwają dłużej niż pisanie ale też pozwalają wyrazić to, czego często nie potrafimy oddać słowami, a możemy wyrazić kolorami, kreską, techniką. Nie musimy umieć tego nazywać, ale będzie to dla nas pozytywne wrażenie, odczucie, które odczujemy, gdy do tego np. rysunku, wrócimy.

Jak to zrobić?

Możesz założyć zeszyt lub notatnki, w którym codziennie będziesz zostawiać ślad po sprawach, które danego dnia były dla Ciebie ważne, za które czujesz wdzięczność. Mogą to być rysunki, symbole, abstrakcje, do których użyjesz określonych kolorów. Wklejony bilet do kina, paragon za prezent dla samego/samej siebie. Zdjęcie ze spotkania z kimś ważnym, jedno słowo napisane kolorem, który oddaje wywoływane przez nie uczucie albo wrażenie.

A jak to zrobić z dzieckiem?

Tu również możecie prowadzić zeszyt, albo założyć teczkę, do której będziecie wkładać Wasze wspólne prace. Mam poczucie, że dużo czasu poświęcamy rozmowom z dziećmi o tych trudnych emocjach jak złość, zazdrość, smutek i temu, jak sobie z nimi radzić, a mało uwagi dajemy radości, dumie, wdzięczności, przyjemności, którą sprawia nam dana chwila. Kiedy usiądziemy z dzieckiem nad kartką i będziemy rysować to, co danego dnia było dla nas miłe, pokażemy mu, że w życiu nie uważamy tylko na to, co trudne, ale też to, co przyjemne. I tutaj w zasadzie wszystko zależy od Waszej inwencji, wieku dziecka, tego, co akurat macie pod ręką. Możecie rysować, wyklejać plasteliną, bibułą, malować farbami, przyklejać liście zebrane na wspólnym spacerze. Może to być narysowana jakaś sytuacja, symbol, przedmiot. Dla dzieci jest to też dużo łatwiejsze niż pisanie, bo po pierwsze, przez całkiem sporo lat nie potrafią tego robić. Po drugie, daje im możliwość wyrażenia siebie i samodzielnego działania. Bo oczywiście, możemy wspólnie pisać. Ale do pewnego momentu i w pewnym stopniu, odbiera to dziecku możliwość aktywnego współtworzenia dziennika.

A po co to wszystko robić?

Po pierwsze dlatego, że uczymy się dostrzegania pozytywów w naszym życiu, a to zmienia perspektywę jego przeżywania. Po drugie, dlajemy sobie przestrzeń na działanie twórcze, które relaksuje, wycisza układ nerwowy, pozwala być tu i teraz. Po trzecie, tworzymy sobie bazę pozytywnych wspomnień, swoich własnych lub rodzinnych, a to, w tym drugim przypadku, jest czynnikiem bardzo spajającym i tworzącym tożsamość grupy. I po czwarte – by w trudnych chwilach, móc sięgnąć do czegoś, co jest reprezentacją dobra w naszym życiu. A to najzwyczajniej w świecie nam pomaga. Dlaczego by więc nie zrobić tego dla samego/samej siebie? 😉

#polecANKA № 10

To już 10 #polecANKA! Juhu! A ponieważ to jakby jubileusz, to postanowiłam dziś podzielić się z Wami czymś nieco innym niż do tej pory. #polecANKA na początku, miała być cyklem muzycznym. Jednak jak się z czasem okazało, Wasze potrzeby są nieco inne. I to świetnie, bo #polecANKA nabrała przez to kształtu. To Wy wybieracie to, co w danym momencie jest dla Was bardziej atrakcyjne, ciekawe a ja szukam w tym temacie tego, co przetestowałam, poznałam, co sprawdza się u mnie, w mojej rodzinie i pracy. To też dla mnie świetna forma interakcji z Wami, mam poczucie, że przez obustronne zaangazowanie #polecANKA jest bardziej bezpośrednia.

Kończąc jednak ten przydługi wstęp. Dziś chcę Wam przedstawić pięć inspirujących mnie kobiet. Tych, od których się uczę, które są wspierające, dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem. Kolejność jest przypadkowa.

Na początek przedstawiam Magdę z @magdaraczka_fotografuje Magda jest fotografką i mamą Kaja. Jeszcze niedawno prowadziła swoją działalność w zupełnie innym obszarze, ale odważyła się na zmianę. Na Instagramie pokazuje rodzinną codzienność, wspólne gotowanie, podróże. Mówi też o zdrowiu psychicznym, o szukaniu swojej drogi i pomysłu na siebie. Mnie osobiście zmotywowała do założenia Music is fun! Tworzy też reportaże o kobietach w cyklu #projektmatka. Magda organizuje też dużo akcji, ostatnia z nich to #nieczekampublikuję zachęcająca do dzielenia się swoją twórczością nawet wtedy, gdy uważamy, że nie jest wystarczająco dobra.

Kolejna kobieta to Zuza Skrzyńska. Mama Oli i Ali, która w sieci wspiera inne mamy w radzeniu sobie z trudnymi emocjami. Porusza trudne tematy: złości rodzicielskiej i dziecięcej, poczucia winy, perfekcjonizmu, depresji, uzależnień. Dzieli się tym, co sama uważa za wartościowe, co sama przetestowała i u niej działa. Dodatkowo, daje cenne wskazówki biznesowe i marketingowe. U Zuzy można poczuć się poklepanym po plecach, zmotywowanym ale czasem wylewa też kubeł zimnej wody na głowę. A wszystko to w komunikacji empatycznej i stanowczej, a to niełatwe połączenie. To, co moim zdaniem, wyróżnia konto Zuzy, poza tym wszystkim, co już wymieniłam, to #notatkizmacierzyństwa Jak Zuza sama mówiła, czyta za nas książki i wyciąga z nich same konkrety podając je w graficznej formie notatek.

Trzecią super mamą jest Natalia z @druzyna_b Kobieta petarda! Mama czwórki (CZWÓRKI!) dzieci, która razem z mężem zdecydowała, że będą uczyć dzieci w systemie edukacji domowej. Jest edukatorką Pozytywnej Dyscypliny. Popularyzuje rodzicielstwo bliskości i dystansu 😉 Natalia organizuje przeróżne akcje związane z kobiecością i macierzyństwem m.in. #jestemwystarczajaca #połógtonormalne czy #edwtrasie gdzie pokazuje, jak można podejść do tematu edukacji dzieci. U Natalii znajdziecie wsparcie, dużą dawkę humoru, tematy społeczne i edukacyjne, codzienność – czasem wciągającą, czasem codzienną 😉 tak się akurat złożyło, że byłyśmy z Natalią wciąży w tym samym czasie. Ona w trzeciej, ja w pierwszej. Ile ta kobieta dała mi wtedy odwagi, siły, wsparcia, ile rzeczy wytłumaczyła. Jestem wdzięczna na maksa!

No i pora na muzyczne poletko. @mama_rytmiczka jak sama nazwa wskazuje – mama i rytmiczka. Autorka audiozabaw. Natalia, podobnie jak ja, zajmuje się tematem umuzykalniania dzieci i daje do tego gotowe narzędzia, czyli audiozabawy właśnie. Dzieli się mnóstwem inspiracji – muzycznych, książkowych, filozoficznych. A to, co ja znajduję u Natalii, to dużo spokoju, ciepła i otwartości. Zobaczcie, co ciekawego tym razem zaproponuje.

And last, but not least @musicat_muzyczneinspiracje Paulina, również rytmiczka tworząca muzyczne zabawy ruchowe, taneczne czy z wykorzystaniem kubeczków. Stworzyła również Rytmiczanki Kolorowanki, wspaniałe narzędzie do wykorzystania w domu czy na zajęciach muzycznych. Ale ponieważ pracuje teraz nad innym projektem razem z @panirytmika są one dostępne tylko do końca tego miesiąca. Więc jeśli jesteście ich ciekawi, biegnijcie szybko! U Pauliny jest bardzo miło, muzycznie, kolorowo i inspirująco.

Na dziś to tyle. Pięć kobiet dzielących się tym, co mają w sobie pięknego, każda z nich wspierająca, inspirująca, motywująca do działania. Zajrzyjcie do nich koniecznie, bo to są kopalnie wspaniałych rzeczy!

#polecANKA №9

To ostatnia książkowa polecANKA. Postanowiłam więc, że tym razem, zamiast proponować Wam kolejną książeczkę dla dzieci o tematyce muzycznej, pokaże Wam, jak wykorzystać do muzycznej zabawy, zwykłą książeczkę. A jak to zrobić? Zobaczcie w filmiku 😉

#polecANKA № 8

Wielu młodym ludziom, chłodzącym do szkoły, wrzesień kojarzy się z nowym poczatkiem. To skojarzenie pozostaje z nami na długo i pewnie stąd to poczucie, że wrzesień to taki mały styczeń. A może stąd, że kończy się lato a jesień nastraja bardziej melancholijnie, refleksyjnie co sprzyja planowaniu? W każdym razie, z tym poczuciem nowego początku, możemy się spotkać dzięki bohaterowi noweli Toccata C-dur Antoniego Libery.

Poznajemy go właśnie na początku września, przed pierwszą lekcją. Młodego ucznia klasy fortepianu, który wybiera repertuar na egzamin dyplomowy, mającego wyobrażenia na temat tego, jak będzie on wygladał. Pozbawia go ich profesor, który narzuca mu jeden z utworów i jest nim właśnie Toccata C-dur Schumana. Uczeń nie jest z tego wyboru zadowolony, a wręcz jest przerażony.

Czytając dalej, poznajemy tajniki pracy nad utworem: rozczytywanie, ćwiczenia techniczne, interpretację. Wokół toccaty snują się również rozterki chyba każdego maturzysty – co dalej? W jakim kierunku pójść? Co zrobić ze sobą, ze swoim życiem? A przy tym praca, ciężka praca. Słuchanie utworu w wykonaniu wirtuoza, próby odnalezienia jego stylu. Szukanie znaczenia dzieła w biografii twórcy. I ćwiczenie, ćwiczenie, ćwiczenie.

Libera przeprowadza czytelnika przez ostatni rok szkoły muzycznej. Pokazuje, jak z każdym miesiącem narasta napięcie przed “sądem ostatecznym”. Jak każdy robi, ile w jego mocy, by wypaść jak najlepiej. Jak przebiegają lekcje, jak uczniowie czerpią od siebie nawzajem. Ale czy tylko pozytywne rzeczy?

Fot. Anna Mitura

Dla mnie, w tej noweli, najbardziej poruszający jest jej finał, gdzie ci sami uczniowie, stojący pod salą koncertową i czekający na egzamin, jakby to od niego miały zależeć losy całego świata, spotykają się na zjeździe absolwentów po kilkudziesięciu latach. Widzimy, jak bardzo inne są dla nich priorytety, jak bardzo różne jest pojęcie sukcesu. Jak bardzo młodzieńcze marzenia o spełnionym życiu, nie przystają do rzeczywistości.

Toccata C-dur to opowieść o muzykach i muzyce, nie tylko dla osób związanych z tym światem, choć w nich na pewno poruszy struny wspomnień. To piękna “przygoda, nie historia” pokazująca, jak wygląda praca nad utworem, czym on tak właściwie jest, z czego się składa i jak wiele elementów buduje jego interpretację i jak zmienia się ona, w zależności od wykonawcy a także momentu w życiu. Widzę tam też, jak znaczące mogą być, z pozoru zwykle chwile, jak lekcja fortepianu, które odciskają ślad na całym późniejszym życiu.

Toccata jest elementem zbioru Niech się panu darzy. Pozostałe dwie, to tytułowa Niech się panu darzy i Widok z góry i z dołu.

” (…) Trzy nowele, które łączą w sobie pierwiastki sensacji, tajemnicy i melancholii, tworzą jednorodny tryptyk. Trzy ludzkie losy, trzy elektryzujące historie, dla których wspólna jest zagadka Czasu, Przypadku i Przeznaczenia”.

cytat Pochodzi z opisu okładkowego
Toccata C-dur, Op. 7, Schumana, wyk: Światosław Richter

#polecANKA №7

Wracamy do książeczek dla dzieci, tym razem nieco starszych. Ale czy na pewno?

Pozostajemy w Polskim Wydawnictwie Muzycznym. Ci, którzy znają ich książki, pewnie już się domyślają, o których chce dziś napisać.

fot. Anna Mitura

Glissando, Alikwoty i Ostinato to rymowane historyjki o Soni, która spotyka Sonostworki, wyjaśniające jej kim są i jak je odnaleźć w muzyce. Ale nie tylko. Sonia szuka Glissanda podczas zabawy na sankach, Ostinata w codziennych czynnościach, a Alikwoty okazuje się, że są w każdym dźwięku.

Tematyka książeczek jest dla starszych dzieci (5-6 lat) jednak my w domu też je czytamy z dwulatką. Najbardziej lubimy Ostinato. Ta część zachęca do wsłuchania się w dźwięki otoczenia. Jak brzmi krojenie warzyw, chodzenie, samochody, ale też śpiew ptaków i… my sami. Młodszym dzieciom spodoba się mnogość wyrazów dźwiękonaśladowczych takich jak “ciach ciach”, “gul, gul”, “stuk puk”.

fot. Anna Mitura

Kolejnym walorem książeczek są ilustracje. Są przepiękne! To uczta dla oczu, można je po prostu z dzieckiem oglądać i wymyślać własne historyjki.

Fot. Anna Mitura

Karty w książeczkach są sztywne, jednak nie przypominają śliskich tekturowych książeczek dla dzieci. Jest to po prostu gruby karton, całość więc prezentuje się bardzo estetycznie.

Autorką tekstu jest Katarzyna Huzar-Czub, ilustrowała Gosia Herba.

fot. Anna Mitura

#polecANKA № 6

Dziś polecenie książkowe dla dorosłych.

Książka wspaniała, wciągająca, bardzo ciekawa. Wyjątkowego człowieka, lekarza, doktora psychiatrii i neurologii, którego śmierć, kilka lat temu, była dla mnie bardzo poruszająca. W tamtej chwili świat stracił wybitnego badacza, a to zawsze smutek. Mowa o Olivierze Sacksie autorze bestsellerowej książki Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem. Jednak nie ją chcę Wam dziś polecać.

Opowieści o muzyce i mózgu, czyli Muzykofilia to faktycznie zbiór hitorii o różnych osobach, bardzo różnie postrzegających muzykę. Już na samym początku poznajemy Tony’ego Cicorię, czterdziestodwulatka, footbolistę i lekrza ze stanu Nowy Jork, który po dziwynym wypadku zostal “nawiedzony” przez muzykę. Wcześniej była ona dla niego obojętna, poźniej nie umiał już bez niej żyć. To właśnie muzykofilia. Dowiadujemy się czym jest muzykogenna epilepsja, czytamy o wyobraźni muzycznej, brainwormsach, czyli tych momentach, w których nie może nam wyjść z głowy jakiś fragment piosenki, czy utworu. Możemy zobaczyć, jak wygląda muzyczny świat niewidomych, kim są muzyczni sawanci a także dlaczego właściwie mamy dwoje uszu, a nie jedno?

Fot. Anna Mitura

Wszystko to opowiedziane przez profesjonalistę, badacza i naukowca, językiem, który jest zrozumiały. Przytaczane przypadki pacjentów są napisane ze smakiem, często w dość zabawny sposób. Dla mnie bardzo ciekawe jest to, jak można wykorzystywać muzykę do badań mózgu i jego chorób, czy zaburzeń. To, jak każdy z nas inaczej postrzega muzykę, jak analizuje ją nasz mózg, to że może leczyć, ale niektórzy wręcz mogą się jej bać. To, że niektórzy słyszą w głowie całe orkiestry, a inni nie potrafią usłyszeć nic, tak jak rodzice Sacksa:

Są ludzie, którym żadna melodia nie pozostaje w głowie, inni z kolei potrafią w swoim umyśle wysłuchiwać całych symfonii z taką szczgółowością i wyrazistością, jakgdyby działo się to na jawie. Bardzo wcześnie zdałem sobie sprawę z tego stanu rzeczy, gdyż moi rodzice stali pod tym względeem na przeciwnych biegunach. Matka z wielkim trudem potrafiła sobie przypomnieć jakąś piosenkę, podczas gdy ojcic, wydawało się, miał w głowie całą orkiestrę czekającą tylko na jego znak. Zawsze miał w kieszeni dwa lub trzy zapisy nutowe i pomiędzy przyjęciem jednego i drugiego pacjenta wyciągał ktoryś i odgrywał w głowie mały koncert. Nie musiał wcale nakładać płyty na gramofon, gdyż niemal równie wyraziście potrafił odtworzyć utwór w myślach (…).

Olivier Sacks, Muzykofilia, s. 49-50.

Jeśli więc jesteście ciekawi tajemnic mózgu i różnych ciekawych przypadków z muzyką nie tylko w tle, ale w roli głównej, bardzo polecam Wam tę książkę.

Ja czytałam ją kilka lat temu, ale przygotowując się do polecania jej Wam, sama się zachęciłam, by do niej wrócić 🙂

#polecANKA № 5

Rozpoczynamy nowy polecANKOWY cykl. W tym miesiącu, zamiast piosenek czy utworów muzycznych, będę polecać Wam książki. Ale nie jakiekolwiek książki. Będą to książki o muzyce dla dzieci i dorosłych. No to jedziemy!

Na pierwszy ogień wybrałam coś dla dzieci – książeczki z serii Uwerturki Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. To proste historyjki, autorstwa Kaliny Cyz, o dźwiękach, instrumentach, muzycznych kolorach i kształtach. Zdobią je przepiękne ilustracje Jagody Charkiewicz. Dzieci poznają instrumenty z różnych rodzin. Dowiadują się, że muzykę można tworzyć tak samo, jak budowlę z klocków. Są dobrym wstępem do poznawania muzycznego świata.

fot. Anna Mitura

Uwerturki dedykowane są dzieciom powyżej drugiego roku życia, domyślam się, że że względu na treść i umiejętność skupienia uwagi. Jednak ja nie mam oporów w pokazywaniu ich młodszym dzieciom. Można opowiadać o tym, co przedstawiają ilustracje, słuchać utworów wykonywanych na danym instrumencie i oglądać go w książeczce. Jeśli chodzimy z dziećmi na zajęcia umuzykalniające czy do filharmonii, możemy w domu porozmawiać o instrumentach, które tam się pojawiły i wykorzystać do tego książeczkę. Możemy własnym głosem naśladować np. skrzypce czy trąbkę. Co tylko przyjdzie nam do głowy 🙂

fot. Anna Mitura

Pierwsze trzy książęczki z serii Uwerturki to:

Muzyka z patyka, czyli skąd się biorą dźwięki?

Koło, trójkąt i pięć linii, czyli jaki kształt ma muzyka?

Czarno na białym, czyli jaki kolor ma muzyka?

fot. Anna Mitura

#polecANKA № 4

I znów środa, więc czas na muzyczną #polecANKĘ.

Kontynuujemy kołysanki i dziś chciałabym Wam przedstawić jedną z najsłodszych, według mnie, arii. Nie jest to typowa kołysanka, ale zdarzyło mi się ją w tym celu śpiewać.

Pozostajemy w kręgu muzyki poważnej, jednak tym razem nie polskiej, a włoskiej.

Puccini, Gianni Schicchi

O mio babbino caro to aria z jednoaktowej opery Gianni Schicchi z początku XX wieku. Gianni Schicchi jest częścią tzw. tryptyku, na który składają się jeszcze dwie inne opery jednoaktowe. Jej akcja dzieje się w 1299 roku we Florencji.

Na YouTube jest bardzo dużo wykonań tej arii, zachęcam do poszukania ich i porownania. Ciekawa jestem, jakie różnice uda się Wam zauważyć?😊

PolecANKA № 3

Kolejne środowe polecenie muzyczne.

Dlaczego akurat to? Bo grało mi w głowie przez ostatnie dni i dlatego, że mnie koi. Coś z półki ”muzyka poważna” ale też “muzyka folkowa”, którą ostatnio szczerze się zachwycam.

Moja znajomość z tym kompozytorem nie była prosta od początku. Pewnie dlatego, że był w mojej głowie pod kategorią “historia muzyki XX i XXI wieku” a na studiach była to dla mnie droga przez mękę. Kiedy dziś na to patrzę, czuję, że moja perspektywa patrzenia, słuchania i rozumienia muzyki była w tamtym czasie bardzo wąska. Jednak zostałam z muzyką z odsłuchów i zajęć, z notatkami i (bądź, co bądź) niezłą wiedzą w tym temacie, bo był to jeden z najlepiej zdanych przeze mnie egzaminów na studiach. Zakuwałam do niego chyba 4 tygodnie, tak bardzo się go bałam, bo uważałam wtedy, że to nie moja bajka. Dzisiaj odkrywam ją na nowo.

arr. Bartosz Kowalski, wyk. Weronika Grozdek-Kołacińska

Uwoz mamo to jedna z pieśni Karola Szymanowskiego, ze zbioru Pieśni kurpiowskich inspirowanych tradycyjną muzyką tego regionu. Oryginalnie, pieśni opracowane są na chór a capella, jednak opracowań i aranżacji powstało wiele. Możemy znaleźć pieśni z akompaniamentem fortepianu, orkiestry, solo itd. Wersja wybrana przeze mnie ujęła mnie surowością, jaką charakteryzują się pieśni ludowe, charakterystyczną barwą głosu, lekkością akompaniamentu orkiestry.

Mam nadzieję, że Wam również się spodoba.

Przyjemności!

Ania