Baju baj…

Już jakiś czas temu, obiecałam na Instagramie, że nagram bajkę. Długo się do tego zabierałam, bo muzyka, bo prawa autorskie, bo to, bo tamto. Aż wreszcie dzisiaj poczułam, że to ten moment i ją nagrałam. Prawdopodobnie w zupełnie niewłaściwym marketingowo momencie, ale ja nie jestem marketingow… czynią (?) tylko muzykolożką, więc sobie wybaczam 😀

Bajka o Listku powstała na jedne z zajęć umuzykalniających jako element relaksacji. Czytałam ją w akompaniamencie Spiegel im Spiegel Arvo Parta. Bajka opisuje, co dzieje się z małym Listkiem oderwanym od gałęzi drzewa. Jest utrzymana w ruchu falującym, mającym oddawać ruchy brzucha podczas oddychania. Opis tego, co dzieje się z Listkiem podczas jego podróży, nawiązuje do ciała dziecka. Może ono wejść w kojący rytm oddechu, poczuć rozluźnienie, uspokoić się. Całość jest utrzymana w pozytywnym tonie, by maluch mógł faktycznie się zrelaksować, poczuć się przyjemnie i błogo. Zawarte są tu również opisy obiektów, nawiązujące z kolei do zmysłów: wzroku, słuchu i dotyku. Dziecko może poczuć, że jest tu i teraz, wejść w pewien rodzaj medytacji uważność, lub po prostu wyciszyć się przy innej aktywności.

czyta: Anna Mitura, tekst: Anna Mitura
piano: Jurgen Kruse, viola: Benjamin Hudson

#polecANKA № 6

Dziś polecenie książkowe dla dorosłych.

Książka wspaniała, wciągająca, bardzo ciekawa. Wyjątkowego człowieka, lekarza, doktora psychiatrii i neurologii, którego śmierć, kilka lat temu, była dla mnie bardzo poruszająca. W tamtej chwili świat stracił wybitnego badacza, a to zawsze smutek. Mowa o Olivierze Sacksie autorze bestsellerowej książki Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem. Jednak nie ją chcę Wam dziś polecać.

Opowieści o muzyce i mózgu, czyli Muzykofilia to faktycznie zbiór hitorii o różnych osobach, bardzo różnie postrzegających muzykę. Już na samym początku poznajemy Tony’ego Cicorię, czterdziestodwulatka, footbolistę i lekrza ze stanu Nowy Jork, który po dziwynym wypadku zostal “nawiedzony” przez muzykę. Wcześniej była ona dla niego obojętna, poźniej nie umiał już bez niej żyć. To właśnie muzykofilia. Dowiadujemy się czym jest muzykogenna epilepsja, czytamy o wyobraźni muzycznej, brainwormsach, czyli tych momentach, w których nie może nam wyjść z głowy jakiś fragment piosenki, czy utworu. Możemy zobaczyć, jak wygląda muzyczny świat niewidomych, kim są muzyczni sawanci a także dlaczego właściwie mamy dwoje uszu, a nie jedno?

Fot. Anna Mitura

Wszystko to opowiedziane przez profesjonalistę, badacza i naukowca, językiem, który jest zrozumiały. Przytaczane przypadki pacjentów są napisane ze smakiem, często w dość zabawny sposób. Dla mnie bardzo ciekawe jest to, jak można wykorzystywać muzykę do badań mózgu i jego chorób, czy zaburzeń. To, jak każdy z nas inaczej postrzega muzykę, jak analizuje ją nasz mózg, to że może leczyć, ale niektórzy wręcz mogą się jej bać. To, że niektórzy słyszą w głowie całe orkiestry, a inni nie potrafią usłyszeć nic, tak jak rodzice Sacksa:

Są ludzie, którym żadna melodia nie pozostaje w głowie, inni z kolei potrafią w swoim umyśle wysłuchiwać całych symfonii z taką szczgółowością i wyrazistością, jakgdyby działo się to na jawie. Bardzo wcześnie zdałem sobie sprawę z tego stanu rzeczy, gdyż moi rodzice stali pod tym względeem na przeciwnych biegunach. Matka z wielkim trudem potrafiła sobie przypomnieć jakąś piosenkę, podczas gdy ojcic, wydawało się, miał w głowie całą orkiestrę czekającą tylko na jego znak. Zawsze miał w kieszeni dwa lub trzy zapisy nutowe i pomiędzy przyjęciem jednego i drugiego pacjenta wyciągał ktoryś i odgrywał w głowie mały koncert. Nie musiał wcale nakładać płyty na gramofon, gdyż niemal równie wyraziście potrafił odtworzyć utwór w myślach (…).

Olivier Sacks, Muzykofilia, s. 49-50.

Jeśli więc jesteście ciekawi tajemnic mózgu i różnych ciekawych przypadków z muzyką nie tylko w tle, ale w roli głównej, bardzo polecam Wam tę książkę.

Ja czytałam ją kilka lat temu, ale przygotowując się do polecania jej Wam, sama się zachęciłam, by do niej wrócić 🙂

W tym szaleństwie jest metoda.

Niedawno jedna z mam zapytała mnie, czy moje zajęcia prowadzone są według jakiejś metody, czy “tak o” je sobie wymyśliłam. Porozmawiałyśmy o tym chwilę, ale to pytanie skłoniło mnie do głębszego przemyślenia sprawy.

O co tak naprawdę chodzi w muzykowaniu? O metodę? O sposób? Czy muzykowanie jest środkiem do osiągnięcia celu, czy celem samym w sobie?

Dla mnie, i jest to moje osobiste zdanie, przy muzykowaniu, metoda jest wtórna. Metod tych zresztą jest bardzo dużo. Oczywiście, jeśli mówimy o prowadzeniu zajęć, oparcie się o metodę lub teorię jest ważne, ale nie tyle dla rodziców czy uczestników zajęć, ile dla prowadzącego. Uczestnicy nie muszą jej znać, by czerpać z niej korzyści. Jednak sądzę, że w przypadku takiej aktywności jaką jest muzykowanie, najważniejsze jest to, co wydarza się na płaszczyźnie społecznej, emocjonalnej i poznawczej osób biorących w nim udział. Ale by te rzeczy mogły się wydarzyć, konieczne jest świadome zaangażowanie. W przypadku rodzinnego muzykowania myślę o świadomym zaangażowaniu osób dorosłych, bo oczekiwanie tego od dzieci, jest jak oczekiwanie deszczu na pustyni. Jeśli chcemy, by muzykowanie miało działanie więziotwórcze, by pobudzało lub koiło emocje, by dawało pole do rozwoju i wyrażania siebie, musimy włożyć w to wysiłek. Jeśli przychodzimy na koncert, na którym jest osoba grająca lub śpiewająca i wiele osob, które jedynie słuchają, nie wytworzy się między nimi obustronna, oparta na zaufaniu i otwartości więź. A to właśnie dzieje się, gdy obie strony aktywnie muzykują. Bardzo lubię ten moment, szczególnie w relacji z małymi dziećmi, bo dzieje się to jakby przy okazji, na poziomie, na którym jesteśmy równi. Dziecko proponuje aktywność np. klaskanie a my, dorośli “podłapujemy” ten sygnał, klaszcząc razem z dzieckiem. To niezwykły obszar, w którym dziecko ma realny wpływ na otaczającą go rzeczywistość, może podejmować samodzielne decyzje i relizować swój potencjał. To też przestrzeń, w której nie ma dobrych i złych pomysłów czy odpowiedzi, nie ma oceniania. Jest radość ze wspólnego tworzenia, robienia czegoś razem, dotykanie tego pierwotnego wspólnotowego pierwiastka w nas.

Pamiętam ze studiów pytanie o istnienie muzyki. Gdzie ona tak naprawdę jest i czy istnieje niewykonywana? Nie mam tu na celu odpowiadania na to pytanie, jednak czuję, że to, co tworzymy wspólnie muzykując, jest unikalne dla tej konkretnej chwili i konkretnych osób. To coś, co nie zaistnieje bez nas, a w innym składzie zaistnieje w całkiem inny sposób.

Przychodząc z dzieckiem na zajęcia, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, po co to robię. Co chcę osiągnąć? Czy chcę zapewnić mojemu dziecku bogate środowisko muzyczne? Czy chcę, by rozwijało swoje kompetencje społeczne i emocjonalne? Czy chcę dać dziecku jego własną przestrzeń, w której samo może decydować o sobie? Czy chcę, by uczyło się muzyki, miało większą łatwość w uczeniu się języków? A może rozwijało koordynację ruchową? Żadna z odpowiedzi nie będzie zła lub dobra. Jednak w zależności od naszych oczekiwań i celów, będziemy mogli wybrać najlepsze dla nas zajęcia. Oczywiście na każdych zajęciach umuzykalniających, każda z tych rzeczy się zadzieje, jednak w różnym stopniu, w zależności od metody właśnie.

Czy to źle, że tamta mama zadała mi pytanie o metodę? Nie, to bardzo dobrze. Myślę, że każdy prowadzący zajęcia stawia sobie inny cel, podobnie jak rodzice, decydujący się na uczestnictwo w nich. Dla jednych będą to wspomniane wyżej kompetencje społeczne i emocjonalne, budowanie więzi, dla drugich nauka muzyki sama w sobie, dla jeszcze innych wspieranie rozwoju językowego. I wszystkie te cele są w porządku.

Pewnie już się domyślacie, jakie cele są dla mnie ważne, biorąc pod uwagę, jak często pojawiły się w tym tekście. Jako nieformalna nauczycielka, uważam, że muzyka jest właśnie narzędziem do budowania więzi między rodzicem a dzieckiem, rozwoju kompetencji społecznych i emocjonalnych wszystkich uczestników zajęć. Kluczowe jest dla mnie zaangażowanie rodzica w muzykowanie. Jest to proces, w którym chcę jedynie towarzyszyć, dawać propozycje, stwarzać możliwość. Nie wydaję poleceń, nie trzymam się sztywno planu. Chcę być otwarta na uczestników, wykorzystywać to, co akurat sami podsuwają.

Nie jestem też zwolenniczą wyznawania jedynej słusznej metody. Sądzę, że bardzo zawęża to spektrum rozumienia i daje mniej możliwości do wykorzystania. Dlatego moje zajęcia nie są gordonkami, rytmiką czy logorytmiką. Na moich zajęciach znajdziecie wszystkiego po trochu. Odrobinę Gordona, Dalcrose’a, odrobinę Pomelody i języka angielskiego, odbrobinę logorytmiki i improwizacji. A co najważniejsze, mam nadzieję, że znajdziecie poczucie wspólnoty i przynależności, ukojenia i otwartości na Wasze dzieci, narzędzie do budowania z nimi więzi i bliskości. Na tym zależy mi najbardziej.

Muzyczne preferencje niemowląt

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy małe dzieci mogą lubić jedną muzykę bardziej niż drugą? Albo dlaczego dziecięce piosenki są zbudowane tak, a nie inczej? Zastanawiają się na tym naukowcy i temat ten zbadali, a ja dziś postaram się Wam przybliżyć to, co właściwie naszym maluchom w duszy gra i dlaczego akurat to.

Kanadyjska badaczka i psycholożka muzyki, Sandra Trehub, w swoich badaniach odkryła, że niemowlęta preferują melodie cechujące się powtarzalnością, brakiem gwałtownych zmian w tempie i dynamice, dominacją wysokich rejestrów (czyli śpiewanych wysoko) oraz ogólną prostotą. Trehub jest również autorką pojęcia infant directed singing, czyli parafrazy funkcjonującego w językoznawstwie i lingwistyce infant directed speech. Ogólnie chodzi tu o to, że język, jakim posługujemy się w komunikacji z dzieckiem jest bardzo prosty i od zwykłej mowy różni się specyficznym słownictwem, rejestrem (do dzieci najczęściej mówimy wyżej niż normalnie) oraz składnią (zdania, które budujemy są krótsze i prostsze). Analogicznie przekłada się to na muzykę. Wymienione przeze mnie cechy muzyki, lubianej przez niemowlęta, charakteryzują kołysanki.

Kołysanka ukraińska – Powieszę kołyskę · Aneta Strzeszewska Kołysanki niedzisiejsze, Composer: Kompozycja tradycyjna Lyricist: Tekst tradycyjny

Dlaczego powtarzalność? Znacie pewnie powiedzenie, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy? To prawda. Mózg, szczególnie mózg małego dziecka, uczy się przez powtarzanie. Zauważcie, że dzieci mogą wielokrotnie czytać jedną książeczkę, powtarzać jedno słowo, bawić się w to samo, słuchać tej samej piosenki. To dlatego, że powtarzając daną czynność oswajamy ją, koduje się ona w mózgu i kiedy jest nam już dobrze znana, sprawia nam przyjemność i pozwala się odpreżyć, ponieważ nie musimy już poświęcać energii na rozumienie i analizowanie poszczególnych elementów. W przypadku kołysanek, jest to powtarzalność na poziomie mikro. Nie chodzi o to, by śpiewać dziecku sto razy bardzo skomplikowaną melodię, ale o to, by w ciągu jednej śpiewanej przez nas melodii, wiele razy powtórzył się ten sam motyw melodyczny. Wybrana przeze mnie przykładowa Kołysanka ukraińska składa się z kilku zwrotek o takiej samej melodii. Dzięki temu, już po jednym jej przesłuchaniu jeteśmy w stanie ją zanucić lub zaaudiować (zaśpiewać w głowie bez konieczności śpiewania na głos).

Brak gwałtownych zmian w dynamice (głośno-cicho) i tempie również jest cechą kołysanek. Wyobraźmy sobie, że mama śpiewa dziecku kołysankę i nagle zaczyna ją śpiewać bardzo głośno i bardzo szybko. Czy w tym momencie kołysanka spełni swoją funkcję, jaką jest ukojenie, uspokojenie i finalne zaśnięcie dziecka? Raczej nie. Dodatkowo ważna jest też kwestia tego, że noworodek nagle przechodzi ze świata, w którym dźwięki były przyjemnie wygłuszone, jednostajne i raczej jednorodne, do świata, w którym zalewa go fala głośnych i niespodziewanych dźwięków, trzasków, szumów, krzyków i czego tam jeszcze sobie nie wymyślimy. Naturalnym więc jest, że zwracamy się w stronę tego, co znamy. Dlatego tak ważne jest, by dzieciom śpiewać w takiej samej głośności i tempie przez całą piosenkę. To je koi.

Dominacja wysokich rejestrów. Zauważyliście, że mówiąc do dzieci, mówimy wyżej? Nasz głos staje się bardziej “piskliwy”. Są nawet badania, które dowodzą, że po urodzeniu dziecka, głos kobiety staje się wyższy pod wpływem zmian hormonalnych. To dlatego, że dzieci lepiej rejestrują i przetwarzają dźwięki wyższe, niż te niższe. Łatwiej jest im skupić na nich uwagę. Właśnie z tego powodu większość kołysanek jest skomponowana w oparciu o wyższe dźwięki.

I w końcu prostota. W teorii muzyki i analizie, do opisu formy stosuje się litery. Prosta forma to ABAB, gdzie A będzie zwrotką, a B refrenem. To najpopularniejsza forma wykorzystywana w popularnych piosenkach. Jednak jeśli chodzi o kołysanki, często możemy się spotkać po prostu z formą AAA, to znaczy, że trzy razy powtarzamy tę samą melodię z innym tekstem. Tak jest w przypadku Był sobie król, Aaa kotki dwa, czy w naszej przykładowej Kołysance ukraińskiej. Ma to ścisły związek z wymienioną na początku powtarzalnością. Im bardziej skomplikujemy melodię śpiewaną dziecku, tym trudniej będzie mu ją przyswoić. Czy to znaczy, że piosenki dla dzieci mają być prostackie? Absolutnie NIE. Mogą być przepięknie zaaranżowane i wykonane a przy tym proste w zakresie budowy.

Czy w temacie preferencji muzycznych niemowląt to wszystko? Nie. Ten temat jest szeroki i jeszcze wiele ciekawych rzeczy można by tu napisać. Myślę jednak, że na dziś wystarczy 🙂

Jeśli ten tekst Ci się spodobał, będzie mi bardzo miło, jeśli go udostępnisz 🙂

Do przeczytania za tydzień!

Ania

Do napisania tego teksu wykorzystałam notatki ze studiów z pychologii muzyki

Cisza

Wakacje to czas podróży, odkrywania nowych miejsc, poznawania i doświadczania, ale nade wszystko, czas regeneracji i odpoczynku.

Jeszcze jakiś czas temu sama byłam nastawiona na poznawanie, na wyjazdy w miejsca arcyciekawe, do dużych miast pełnych kultury, architektury, muzeów, ludzi i możliwości. Odkryłam jednak, że to nie daje mi upragnionej regeneracji. Na co dzień mieszkam w mieście, stwierdziłam więc, że jeśli chcę odpocząć, muszę szukać miejsc na uboczu, blisko natury, ciekawych bardziej przyrodniczo niż kutruralnie (mam tu na myśli wytwory kultury, które są przeciwne wytworom natury). Odkryłam, że tym, co najbardziej mnie karmi w takich wakacjach jest właśnie cisza.

Spędzając ostatni tydzień w leśniczówce w Puszczy Białowieskiej, natknęłam się w mojej głowie na pomysł, żeby o tej ciszy napisać coś więcej.

EKSPERYMENT

Zamknij na chwilę oczy. Posiedź chwilę w bezruchu, postaraj się nie aktywować żadnych zmysłów, poczuj, że po prostu jesteś. Teraz, nadal z zamkniętymi oczami, posłuchaj tego, co Cię otacza. Jeśli mieszkasz w mieście i w bloku, pewnie jesteś w stanie wskazać różne dźwięki, które do Ciebie docierają. Muzyka u sąsiada, dzieci biegające po podwórku, może jakaś wiertarka, samochody na ulicy, tramwaj, śmieciarka, może radio lub telewizor u Ciebie… Te dźwięki generalnie odbieramy jako szum, jako niezrozumiałą plątaninę nic nie znaczących dźwiękowych nitek. Dopiero, gdy się na nich skupimy, jesteśmy w stanie je rozplątać i porozdzielać.

Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ gdyby nasz mózg miał stale izolować i interperetować wszystkie otaczające nas dźwięki, prawdopodobnie szybko by się przegrzał. Jako ludzie nie jesteśmy stworzeni do życia w nieustannym hałasie, jednak nasze dorosłe mózgi posiadły już umiejętność określania, co jest warte uwagi, a co nie. Jakie dźwięki pozostawimy w tle, a na jakich warto się skupić. CIEKAWOSTKA: mózgi naszych dzieci tego nie potrafią!

Wyobraźmy sobie, że znajdujemy się w pokoju, w którym jest np. pięć osób. Rozmawiają, śmieją się. Jest tam też pies, który zadowolony z towarzystwa, poszczekuje. Jedna z osób miesza herbatę, stukając łyżeczką o kubek. Jest włączone radio i otwarte okno, pod którym kłócą się sąsiedzi, przyjechał motor, szczeka pies sąsiada. Ktoś w pokoju trącił szklankę, która spadła na podłogę i się stłukła. Te wszystkie dźwięki docierają do nas z taką samą intensywnością, nie ma czegoś takiego, jak dźwięki w tle. Tak samo intensywnie odbieramy szczekającego psa, radio i rozmowę kogoś obok. Tak właśnie świat dźwięków odbierają dzieci. Im młodsze, tym bardziej. Dlatego tak ważne jest, by zadbać o higienę dźwiękową w otoczeniu naszych dzieci, by nie przebywały nieustannie zanużone w dźwięki radia, telewizora, dźwiękowej paplaniny.

Ostatnio sporo mówi się o zjawisku Wysokiej Wrażliwości. Osoby o takiej cesze określa się skrótem WWO (Wysoko Wrażliwa Osoba). To szczególna cecha neurologiczna, która sprawia, że takie osoby są bardziej wyczulone na bodźce, które są pomijane lub nie tak intensywne dla większości społeczeństwa (WWO stanowią około 15-20% populacji, tak samo zresztą jak High Need Babies).

U podstaw wysokiej wrażliwości leży skłonność do głębszego przetwarzania informacji (…) Osoby wysoko wrażliwe wszytsko przetwarzają głębiej.

Elaine N. Aron Wyoko wrażliwi

Możemy więc stwierdzić, że jeśli jesteśmy wysoko wrażliwi w obszarze dźwiękowym, każdy docierający do nas dźwięk będzie przez nasz mózg dużo dokładniej analizowany, niż w przypadku osoby, która takiej “nadwrażliwości” nie posiada. Warto pod tym kątem obserwować nasze dzieci. Moja córka, podobnie jak ja, długo przebywając w hałasie, z radiem włączonym w tle, wśród głośnych rozmów czy w większej grupie dzieci, staje się drażliwa. Dużo szybciej i łatwiej się denerwuje, zaczyna krzyczeć lub płakać, domaga się mleka, przytulenia, wzięcia na ręce. I o ile przebywanie w bogatym środowisku muzycznym, śpiewanie, granie na instrumentach, słuchanie wartościowej muzyki, jest bardzo ważne i rozwijające, o tyle konieczne jest zadbanie również o to, by stworzyć dziecku przestrzeń na ciszę, by mózg nie musiał na bieżąco radzić sobie z tym, co aktualnie słyszy, ale by mógł spokojnie przetworzyć to, co usłyszał już wcześniej. Inaczej może dojść do sytuacji przestymulowania.

Jeśli dostrzegasz każdy najdrobniejszy szczegół okoliczności, w jakich się znajdujesz (…) jest oczywiste, że szybciej się zmęczysz, musząc przetwarzać tak wiele danych (…) nadmierna stymulacja łatwo przeciąża osoby wysoko wrażliwe.

Elaine N. Aron Wysoko wrażliwi

Wspomniałam wcześniej, że człowiek nie jest stworzony do przebywania w nieustannym hałasie. Szczególnie w tym przez człowieka właśnie stworzonym. Każdy, kto był dłużej w lesie wie, że totalnej ciszy tam nie znajdzie. Nawet dziecko przebywające w brzuchu mamy jest otoczone dźwiękami. Co różni zatem industrialny hałas od dźwięków natury, czy tych, które otaczają nas w życiu prenatalnym? NATĘŻENIE. Dźwięki naturalne (szum drzew, śpiew ptaków, morze, bicie serca matki, przepływ krwi w tętnicach) mają dużo mniejsze natężenie niż ogdłos jadącego samochodu (a na ulicach jest więcej niż jeden samochód…), wiertarki, radia, motocykla, młota pneumatycznego na remontowanej własnie ulicy. Jako ciekawostkę, wrzucam Wam utwór inspirowany właśnie industrialnym światem dźwięków.

Russolo, Intonarumoris, Lisboa, Museu Coleção Berardo, 2012

Zachęcam, byście zwrócili uwagę na otaczające Was dźwięki oraz na to, co one z Wami na co dzień robią. Może akurat odkryjecie, że to one są powodem niezrozumianej dotąd drażliwości? Spróbujcie też dawać sobie w ciągu dnia kilka kwadransów ciszy. Na zewnątrz nic się wtedy nie dzieje, ale zapewniam, że Wasz mózg poczuje się jak w spa 😉

Miłego eksperymentowania z ciszą!

Ania

Do napisania tego tekstu wykorzystałam:

  • książkę Wysoko wrażliwi. Jak funkcjonować w świecie, który nas przytłacza Elaine N. Aron
  • tekst Jak chronić dziecko (i siebie) przed zanieczyszczeniem dźwiękowym i dlaczego to takie ważne? z bloga Pomelody
  • artykuł ZANIECZYSZCZENIE HAŁASEM: ZMORA WSPÓŁCZESNOŚCI Kinetic Centrum Nowoczesnej Audiologii
  • notatki ze studiów