Książki nie tylko dla dziewczynek

Wyobrażając sobie macierzyństwo, bardzo chciałam, aby moje dziecko lubiło czytać książki. Teraz, za każdym razem, kiedy widzę moją córkę z książką, jestem wzruszona ♥

Książek nam nie brakuje i jak każde małe dziecko, tak i moja córka, ma swoje ububione książeczki, które wałkujemy praktycznie bez przerwy. Jednak bardzo lubi też poznawać nowe historie i bohaterów/ki.

Zapraszam Was na tekst o książkach, które towarzyszyły nam w czerwcu. Ich bohaterkami są dziewczynki, ale książki są nie tylko dla nich 😉

Wpis powstał we współpracy z księgarnią internetową czytam.pl

Jadzia Pętelka mówi czułe słówka“, Barbara Supeł

Jadzia Pętelka jest uroczą dziewczynką, której przygody opisane są w serii książeczek “Jadzia Pętelka”. Każda część dotyczy jednego problemu, z którym na co dzień mierzą się maluchy. Możdemy przeczytać o Jadzi, która nie odda łopatki, robi siku lub zostaje z nianią. Tym razem jednak autorka proponuje coś innego.

Jadzia Pętelka mówi czułe słówkato opowieść o zwykłym dniu rodziny Pętelków. Odwiedzamy ich w niedzielny poranek, gdy wszyscy jeszcze śpią. Wszyscy, poza Jadzią.

Dziewczynka budzi się rano w świetnym humorze i obdarowuje miłością wszystkich domowników: śpiącego brata Stasia, rodziców i psa Pirata. Napad czułości udziela się również mamie, której Jadzia nie przestaje kochać, nawet gdy mama korzyta z łazienki.

instagram

“Jadzia Pętelka mówi czułe słówka” to książeczka, która wprawia w dobry natrój. Jest krótka i zabawna, szczególnie dla trzylatków, które z całą pewnością będą zachwycone takimi słowami, jak “moja mamunia niunia”, “moja córusia siusia”, “kizia mizia”, “psinka słodzinka”, “miękka kluseczka” czy “słodki pierożek”.

Uroku książkom o Jadzi dodają ilustracje Agaty Łukszy. Miękkie, realistyczne, utrzymane w przyjemnych dla oka kolorach. Bohaterowie w mig wzbudzają sympatię, a dzieci bardzo chętnie wracają do opowieści o Jadzi.

zdjęcie ze strony czytam.pl

Wanda szuka miłości“, Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak

O ludzie, jaka ta książka jest zabawna! Jeśli jesteście dorosłymi lubiącymi abstrakcyjny humor, będziecie się świetnie bawić.

“Wanda szuka miłości” to kolejna propozycja autorów osławionej już książki “Proszę mnie przytulić”. Podobnie jak wcześniejsza historia, tak i przygody Wandy dzieją się w świecie zwierząt.

Wanda bowiem jest… dżdżownicą. I to nie byle jaką. Chce od życia czegoś więcej, niż tylko spulchniania ziemi. Dlatego wyrusza na poszukiwanie miłości. Okazuje się, że nie jest to łatwe zadanie. Wanda przeżywa rozczarowania, aż w końcu poznaje Szopika. Mogłoby się wydawać, że to właśnie on zostanie miłością dżdżownicy, ale nie. Wanda dowiaduje się, że Szopik zgubił tatę. Postanawia mu pomóc i wspólnie wyruszają na poszukiwania.

instagram

To, co przydarza im się po drodzę, pozostawię w tajemnicy, choć właśnie wtedy dzieją się rzeczy najbardziej szalone. Wspomnę tylko, że na ratunek przed bestią wezwali jednorożca, który pokonał zagrożenie magicznym chuchem o zapachu szarej renety.

Oczywiście ilustracje Emilii Dziubak dopełniają całości. Nie tylko wspaniale obrazują historię, ale także podkreślają walor humorystyczny publikacji.

zdjęcie ze strony czytam.pl

Księżniczki i smoki“, Christina Bjork, Eva Eriksson

Tytuł wydaje się bardzo tradycyjny, jak na książkę dla dzieci. Jednak opowieść wcale tradycyjna nie jest.

“Księżniczki i smoki” to wcale nie jest książka o stereotypowych księżniczkach. Bohaterki są łobuziarami, dążą do swoich celów, są zaradne, samodzielne i odważne. Smoki wcale nie są dla nich zagrożeniem, nie tylko dlatego, że nie są groźne. Niektóre są i nawet planują zjeść księżniczkę. Ta jednak doskonale poradziła sobie w tej sytuacji, wcale nie czekając na ratunek rycerza. Skończyło się na tym, że smoki wolały się z nią bawić niż zjadać na kolację.

Każdy rozdział książki to przygody jednej księżniczki. Rozdziałów jest siedem i każdy jest jednym dniem tygodnia. Na koniec wszystkie księżniczki i smoki spotykają się razem na wspólnej imprezie.

“Księżkiczi i smoki” są również pięknie zilustrowane przez Evę Eriksson.

zdjęcie ze strony czytam.pl

Jestem bardzo ciekawa, jakie książki towarzyszą Waszym dzieciom podczas tych wakacji? Dajcie znać na Instagramie lub Facebooku 🙂

A jeśli moje posty o książkach dla dzieci Wam się podobają, będzie mi bardzo miło, jeśli podacie je dalej 🙂

Książki z czerwca 2021

Czerwiec był literacko różnorodny. Różni autorzy i autorki, różne czasy, różne tematy. I dobrze! To właśnie kocham w książkach. Każda to oddzielny świat, który w każdej chwili można opuścić. A najbardziej lubię takie, o których myślę cały dzień i nie mogę się doczekać dalszego czytania ♥

Zapraszam zatem: cztery tytuły, dwie autorki, dwóch autorów i moje krótkie podsumowania.

“Bieguni”, Olga Tokarczuk

Z tą książką spędziłam najwięcej czasu. Nie była łatwa. Była to lektura wymagająca wysiłku intelektualnego, ale ten zdecydowanie się opłacił.

“Bieguni” nie są nową książką. Została wydana w 2007 roku a już w kolejnym otrzymywała nagrody. Czemu oczywiście się nie dziwię. Jest to literatura wysokich lotów, doskonała pod względem językowym oraz formy i treści. Czy mogłoby być inczej, gdy autorką jest noblistka?

“Bieguni” to opowieść o podróży. Nie tylko fizycznej, związanej z przemieszczaniem się, ale też do własnego wnętrza. Olga Tokarczuk zabiera czytelniczki i czytelników w wędrówkę po świecie, w podróż w czasie i przestrzeni i w końcu w najbardziej fascynującą ze wszystkich, podróż do wnętrza człowieka. Nie tylko metaforycznie. Jednym z leitmotywów powieści jest historia anatomii i patologii. Wspaniały, intrygujący i pouczający wątek.

Pod względem formalnym, według mnie, książka ta przypomina warkocz. Przeplatają się tam ze sobą wątki, osoby i miejsca, narracja pierwszoosobowa i trzecioosobowa, postaci fikcyjne i realne. Dla mnie właśnie ta forma była największym wyzwaniem, bo przez dużą część książki nie potrafiłam się w niej odnaleźć. Tak naprawdę, nabrała kształtu dopiero na sam koniec.

Według mnie, na tym polega wyjątkowość książek Tokarczuk. Autorka niczego nie podaje na tacy, porusza niezwykle dużo wątków, jednak robi to w sposób subtelny, praktycznie niezauważalny. Do tego wzrusza mnie plastyczność języka. To chyba właśnie największa przyjemność: obcowanie ze słowem, które stało się tworzywem artysty.

“Bieguni” to opowieść o podróżach. Sam tytuł wziął się od nazwy prawosławnego odłamu, w którym to zło zwalczało się poprzez ruch. Książki Olgi Tokarczuk są całością. Od tytułu, przez okładkę, po ostatnie słowo. W nich nic nie jest przypadkowe. Jeśli zastanawiacie się od jakiej książki zacząć czytać Tokarczuk, “Bieguni” są odpowiedzią.

zdjęcie okładki ze strony empik.com

“Człowiek w poszukiwaniu sensu”, Viktor Frankl

Jedna z ważniejszych książek, jakie do tej pory przeczytałam. Wyobrażałam sobie, że będzie to lektura bardzo trudna i obciążająca, a dla mnie wcale taka nie była.

“Człowiek w poszukiwaniu sensu” to opowieść o doświadczeniu życia w obozach koncentracyjnych samego Frankla. Autor opisuje je w eseju, który stanowi pierwszą część książki. Na tle innych tego typu publikacji, historia Frankla jest wyjątkowa. Jest pisana z perspektywy lekarza i psychologa. Znajdziemy tam więc opisy reakcji emocjonalnych, więzi społecznych, dylematów moralnych i motywacji do podejmowania decyzji. Odnoszą się one zarówno do więźniów, jak i do ss-manów. Zdumiewające, jak często pojawiają się tam emocje takie jak ulga, szczęście, radość, zachwyt.

Znajduję tu również wiele obserwacji i opisów podobnych do tych, o których można przeczytać w książkach “Czesałam ciepłe króliki” oraz “Zdażyć przed Panem Bogiem“.

W drugiej części Frankl opisuje stworzoną przez siebie metodę psychoterapii, nazywaną logoterapią. Jest to sposób pracy z pacjentem bazujący na jego zasobach i koncentrujący się na odnalezieniu sensu życia. Wynika to z doświadczeń wojennych Frankla, który zauważył, że to, co najbardziej pozbawia człowieka motywacji i chęci do życia, to właśnie utrata sensu. Uważał on, że jest to dużo większe zagrożenie niż czynniki zewnętrzne, na które często nie mamy wpływu.

“Człowiek w poszukiwaniu sensu” to wspaniała książka, otwierająca oczy i uwrażliwiająca na drugiego człowieka. To także wyjątkowe studium przypadków obserwowanych w zupełnie niecodziennych warunkach życia obozowego. Zdecydowanie polecam tę lekturę!

zdjęcie ze strony ceneo.pl

“Dziennik utraconej miłości”, Eric Emmanuel Schmidt

Po tę książkę sięgnęłam zaraz po “Człowieku w poszukiwaniu sensu” Frankla, w nadziei na coś lekkiego i przyjemnego. Na studiach bardzo lubiłam czytać Schmidta, do czasu, kiedy pewna znacząca dla mnie wtedy osoba, powiedziała, że to taka kobieca pisanina. (Nie muszę chyba dopowiadać, że to słowa mężczyzny.) Wtedy przestałam czytać tego autora. Jednak, kiedy teraz trafiłam na nowy tytuł, “Dziennik utraconej miłości”, postanowiłam, że go przeczytam.

Tak jak wspomniałam, miała to być lekka książka, przeczytana dla samej przyjemności czytania. Okazało się, że jest to dziennik… z żałoby po stracie rodzica. Juhu, super lekka książka, gratuluję wyboru.

W “Dzienniku utraconej miłości” Schmidt opisuje swoją drogę przez żałobę po śmierci matki. Towarzyszymy mu w ciągu dwuletniego zmagania się ze stratą i odkrywania w tym wszystkim siebie.

Schmidt opisuje relacje z mamą, z którą był bardzo zżyty. Obraz matki w tej książce jest bardzo wyidealizowany, autor opowiada o niej, jak o świętej. Było to dla mnie rażące o tyle, że nie istnieją ludzie idealni. Matki również. Dowiadujemy się też, jak ta pierwsza relacja z matką wpływa na inne jego relacje, decyzje i wybory życiowe.

Tym, co było dla mnie jednak dużo ciekawsze, była relacja z ojcem, zupełnie inna, niż ta z matką, oraz to, jak zmieniła się ona w toku całej historii. Okazało się bowiem, że na kształt tej relacji wpływały wyobrażenia, przekonania i subiektywne odczucia syna, które nie do końca odpowiadały rzeczywistości. Ta przemiana była bardzo ciekawa.

W “Dzienniku utraconej miłości” czytelnik towarzyszy bohaterowi w procesie żałoby. Może więc prześledzić wszystkie jej fazy. To również bardzo ciekawe, bo poznajeemy żałobę nie z perspektywy naukowego opisu, czy klasyfikacji, ale obserwujemy ją na żywym organiźnie.

Nie była to najlżejsza książka, jaką czytałam, ale w ostatecznym rozrachunku, nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Bardzo podoba mi się też okładka. Grafika i kolory są bardzo moje i nie będę ukrywać, że okładka również zachęciła mnie do przeczytania “Dziennika utraconej miłości”.

zdjęcie ze strony empik.com

“Seksuolożki”, Marta Szarejko

Na koniec, coś zupełnie innego pod względem tematyki, formy, języka. “Seksuolożki” Marty Szarejko to tytuł, po który dawno chciałam sięgnąć. Tak bardzo się cieszę, że w końcu to zrobiłam!

Marta Szarejko w książce “Seksuolożki” zebrała rozmowy z psychoterapeutkami, lekarkami, seksuolożkami na temat kobiecej seksualności. Rozmówczynie opowiadają o niej z persepktywy doświadczenia pracy w gabinecie terapeutycznym. Mówią, z czym kobiety najczęściej zgłaszają się do seksuologa, kiedy, jakie są ich motywacje, jak wygląda praca z nimi.

Spektrum tematów jest bardzo szerokie. Zaczynamy od rozmowy o ciele, o jego postrzeganiu, akceptacji i jej braku. Dla mnie był to jeden z ważniejszych rozdziałów. Dalej czytamy o kobietach wykluczanych, o problemach seksualnych nastolatek, o doświadczaniu przyjemności, o ciąży i porodzie, zdradzie, lesbijkach, o seksualności kobiet z niepełnosprawnością intelektualną oraz kobiet dojrzałych, w końcu o kobietach uwikłanych w przemoc i pedofilkach.

Najważniejsze dla mnie rozmowy, oprócz wspomnianej wcześniej rozmowy o ciele, to te o wykluczeniu i seksualności kobiet z niepełnosprawnością intelektualną i związanymi z nią trudnościami, dylematami, możliwościami i ograniczneniami. Dla osób, których ta sprawa w ogóle nie dotyczy, może być to pierwszy kontakt ze złożonością problemu, a być może w ogóle zetknięcia się z tym, że osoby niepełnosprawne ineletktualnie, a także fizycznie, mają życie seksualne.

Jest również wywiad, który bardzo mnie poruszył, jednak nie pozytywnie. Mowa o rozmowie o ciąży i porodzie. Nie podobał mi się język, w jakim lekarka opowiadała, szczególnie o samym porodzie i uczestniczeniu w nim ojca dziecka. Odebrałam to tak, jakby w porodzie najważniejsza była praca lekarza, a nie komfort rodzącej, czy chęć zaangażowania partnera. Bo niektórzy ojcowie naprawdę chcą być przy nardzodzinach swojego dziecka. Rozmówczyni powołuje się w tym aspekcie również na aspekt kulturowy mówiąc, że zawsze i wszędzie poród był i jest sprawą kobiet, a mężczyźni nie mają do niego dostępu. Nie jest to prawda. Są społeczności, w których poród jest sprawą pary, ojca i matki, i to ojciec odbiera poród. Nie podobała mi się również krytyka porodów domowych i zachęcania rodzących do słuchania swojego ciała i intuicji. Jako kobieta mająca na swoim koncie doświadczeń również poród, kompletnie się z tą krytyką nie zgadzam.

Tym, co przewija się przez całą książkę i wszytkie rozmowy jest potrzeba edukacji seksualnej, zdobywania wiedzy na temat swojego ciała, budowy narządów płciowych i ROZMOWY na tematy seksu i seksualności. Przede wszystkim z partnerem/partnerką, ale również z koleżankami, przyjaciółkami, terapeutkami. Także z dziećmi (ośmielę się to napisać!), ponieważ to właśnie wiedza i znajomość swoich potrzeb i granic, jest dla nich najlepszą obroną przed nadużyciami i wykorzystywaniem seksualnym. Oczywiście, i chcę to bardzo mocno podkreślić, rozmowę z dzieckiem dostosowujemy do jego potrzeb i wieku! Często wystarczy odpowiedzieć w prosty sposób na zadane przez dziecko pytanie i jeśli nie drąży tematu, nie zagłębiać się w szczegóły.

Chcę również wspomnieć o kobietach, które udzieliły wywiadów Marcie Szarejko, ponieważ zrobiły coś bardzo ważnego, dzieląc się swoją wiedzą i doświadczeniem z osobami spoza grona naukowego. Możemy więc przeczytać rozmowy z Izabelą Jąderek, Alicją Długołęcką, Aleksandrą Józefowską, Agatą Loewe, Izabelą Dziugieł, Katarzyną Klimko-Damską, Martą Dorą, Katarzyną Bajszczak, Moniką Łukasiewicz, Katarzyną Waszyńską, Izabelą Fornalik, Beatą Wróbel, Marią Beisert i Martą Niedźwiecką, którą absolutnie uwielbiam i której podcast “O zmierzchubardzo szczerze polecam.

“Seksuolożki” mają jeszcze drugą część (“Seksuolożki 2”), do której z całą pewnością sięgnę, bo są to książki niezwykle wartościowe i bardzo ważne dla kobiet.

zdjęcie ze strony empik.com

I na tym kończymy książkowe podsumowanie czerwca 🙂

Jeśli lubicie moje posty o książkach, konieczniej dajcie mi znać na instagramie lub facebooku! Będzie mi również bardzo miło, jeżeli podacie ten post dalej 😉

A jeśli czytaliście/łyście już którąś z nich, chętnie poznam Wasze zdanie na ich temat. W końcu każdy może mieć inne wrażenia i to w rozmowach o książkach kocham najbardziej ♥

Na kozetce

Pomyśl przez moment, jeśli nie jesteś i nigdy nie był_ś w psychoterapii, że idziesz na sesję do gabinetu. Jakie odczucia to w Tobie budzi? Zaciekawienie, ekscytację czy może lęk i wstyd? Jak wyobrażasz sobie sesję u psychoterapeuty? Co myślisz o samym psychoterapeucie?

Skąd te pytania? Mam poczucie, że wokół psychoterapii (a leczenia psychiatrycznego to już w ogóle) jest wiele mitów i przekonań nie mających nic wspólnego z prawdą. Ja sama, kiedy stałam pierwszy raz pod drzwiami pokoju szkolnej psycholog, byłam przerażona i zawstydzona. I bardzo szczęśliwa, że jej tam nie było, więc czym prędzej uciekłam stamtąd, żeby tylko nikt mnie nie zobaczył.

Wybrałam sobie kilka mitów dotyczących psychoterapii i postaram się z nimi skonfrontować z pozycji osoby, która jest w trzeciej psychoterapii w ciągu siedmiu lat.

No to jedziemy!

Do psychoterapeuty chodzą wariaci.

W tym wypadku zastanowiłabym się, co niesie ze sobą słowo “wariat”. Wyobrażam sobie, że chodzi tu o osobę niepoczytalną, niebzpieczną, nie mającą nad sobą żadnej kontroli.

Nie jest to prawda. Z psychoterapii korzystają różne osoby z bardzo różnych powodów. Ja, na moją pierwszą psychoterapię, wybrałam się po zakończeniu związku, kiedy nie mogłam poradzić sobie z odrzuceniem i stan ten utrzymywał się przez trzy lata. Na drugą poszłam po ślubie, kiedy nie mogłam odnaleźć się w nowej roli żony. A także z powodu aktualnych dla mnie wtedy trudności komunikacyjnych. Na moją aktualną psychoterapię poszłam po porodzie, kiedy okazało się, że życie z niemowlakiem nie jest usłane różami, a to że dziecko tylko śpi i je, to totalna bzdura.

Każdy powód, każdy dyskomfort i trudność w życiu jest wystarczającym powodem, by skorzystać z psychoterapii, która ma na celu poprawę jakości życia pacjenta. Do gabinetu psychoterapeuty wybierają się więc osoby po śmierci kogoś bliskiego, po rozstaniach, po utracie pracy, w depresji, z zaburzeniami, mające trudności w relacjach, związkach, stojące przed trudnymi decyzjami… Spektrum powodów jest naprawdę szerokie i wcale nie trzeba być “wariatem”, żeby korzystać z pomocy psychoterapeuty.

Psychoterapia trwa bardzo długo.

I tak, i nie. W zależności od problemu, z jakim zgłasza się klient_ka, terapeuta może założyć długość procesu. Jest to też zależne od nurtu psychoterapii. W psychoterapii poznawczo-behawioralnej (CBT) czy systemowej proces psychoterapeutyczny może trwać od kilku tygodni do kilku(nastu) miesięcy. Moja terapia systemowa trwała około ośmiu tygodni. Natomiast psychoterapia w nurcie psychodynamicznym (w którym jestem obecnie) może trwać wiele lat. Długość terapi zależy więc od problemu, z jakim zgłasza się pacjent oraz od nurtu, w jakim dany psychoterapeuta pracuje.

Psychoterapia jest droga.

Znów – i tak, i nie. Cena sesji terapeutycznej również jest uzależniona od kilku czynników: od stażu terapeuty, od tego czy prowadzi on/ona jednoosobowy gabinet czy pracuje w ośrodku psychoterapii, czy ma refundację z NFZ czy nie. Nie jest to łatwe, ale można znaleźć psychoterapię w akceptowalnych cenach.

Na studiach, ośrodek do którego chodziłam, oferował zniżki dla studentów. Za sesję płaciłam więc 50-70 zł. Można również znaleźć psychoterapeutę, który jest w trakcie szkolenia w szkole psychoterapii czy zgłosić się na terapię na NFZ. Istnieje też coś takiego, jak terapia niskopłatna. Niektóre ośrodki psychoterapeutyczne oferują terapię właśnie u specjalistów, którzy są na początku swojej drogi zawodowej. Może to być nawet połowa stawki!

Psychoterapeuta będzie wiedział o mnie wszystko.

Psycholog czy psychoterapeuta to nie jasnowidz. Wie o pacjencie tyle, ile ten mu powie. Nie czyta z oczu, ruchu warg, koloru włosów. Oczywiście, postawa ciała jest wskazówką dla psychoterapeuty, ale odczytywanie komunikatów niewerbalnych nie jest wiedzą tajemną. Jeśli nie chcesz o czymś rozmawiać z psychoterapeutą, po prostu tego nie robisz. Możesz jednak zostać zapytany_a o to dlaczego nie chcesz o czymś rozmawiać, jakie emocje to wywołuje, czy nie chcesz rozmawiać o tym z terapeutą czy w ogóle z nikim, czy jest to dla Ciebie temat ważny czy zupełnie nie. Nie musisz się więc obawiać się czytania w myślach 😉

Na dziś to wszystkio 🙂 Jeśli podoba Wam się pomysł na teksty o psychoterapii z persepktywy pacjentki, dajcie znać! 🙂